autorski tomik wierszy "Na krawędzi"
powrót do strony głównej witrynyinformacje o autorze witrynyPodziękowaniaprzejście do galeriiprzejście do działu z filmamiprzejście do działu z artykułamiprzejście do działu z moją poezjąprzejście do działu z moimi opowiadaniamiprzejście do działu z opisami szlakówporadnik górołazamini blog - aktualnie u mniesprzętrecenzje książekkonkursyBaza schronisk górskichTomik - "Na krawędzi"dział z zasobami do pobrania i linkamikontakt
 aktualnie u mnie / mini blog 
U mnie - wpisy 2010 rok
wpis.00/2010 - 28.12.2010
U mnie - wpisy 2010 rok
wpis.01/2011 - 11.01.2011
wpis 02/2011 - 03.02.2011
wpis 03/2011 - 20.02.2011
U mnie - wpis
wpis 05/2011 - 02.05.2011
wpis 06/2011 - 28.05.2011
wpis 07/2011 - 17.07.2011
wpis 08/2011 - 09.09.2011
wpis 09/2011 - 17.10.2011
wpis 10/2011 - 24.11.2011
wpis 11/2011 - 18.12.2011

wpis 01/2012 - 20.01.2012
wpis 02/2012 - 17.02.2012
wpis 03/2012 - 26.03.2012
wpis 04/2012 - 26.04.2012
wpis 05/2012 - 26.05.2012
wpis 06/2012 - 30.07.2012
wpis 07/2012 - 09.09.2012
wpis 08/2012 - 19.11.2012
wpis 01/2013 - 20.01.2013
wpis 02/2013 - 29.03.2013
wpis 03/2013 - 31.05.2013
wpis 04/2013 - 15.07.2013
wpis 05/2013 - 16.08.2013
wpis 06/2013 - 21.10.2013
wpis 01/2014 - 20.01.2014
wpis 02/2014 - 17.04.2014
wpis 03/2014 - 11.07.2014
wpis 04/2014 - 20.11.2014
U mnie - wpisy 2015 rok
wpis 01/2015 - 20.01.2015
wpis 02/2015 - 15.05.2015
wpis 03/2015 - 26.08.2015
wpis 04/2015 - 21.12.2015
U mnie - wpisy 2016 rok
wpis 01/2016 - 30.01.2015
wpis 02/2016 - 31.07.2016
wpis 02/2016 - 31.07.2016
SYSTEMATYKA WPISU:
Znaki przeszłości...
Uzupełnienie – minione 365 dni walki...
Aktualnie u mnie...
2012-podsumowanie / 2013 nadzieję...
Album podsumowujący 2012 rok...
W albumie wykorzystano jako tło muzyczne utwór pochodzący z zasobów www.jamendo.com. Artysta: Walter Mazzaccaro - utwór: LullabytoTheWorld
 wpis numer: 01 / 2013                                                                                                                           aktualizacja: 05.01.2013
Znaki z przeszłości...
Wczesna wiosna 2009 roku... od kilkunastu dni, może kilku tygodni, sam już nie pamiętam, coraz ostrzej i częściej atakowały mnie niezrozumiałe objawy, niespójne, wzajemnie się wykluczające... pasujące do zbyt wielu chorób, ale nie posiadających wspólnego mianownika... jednak czekam, trwam, nie interweniuję, za dużo tych interwencji już było, zbyt opasłe moje akta medyczne, a odwiedzeni lekarze... no cóż, tylko mnożą choroby... więc czekam.

Kilka dni później...
Od dwóch dni nie słyszę prawie na prawe ucho, a tylko częściowo na lewe, za to głowę wypełnia szum i pisk... pojawiły się silne zawroty głowy, powinienem napisać – znów się pojawiły, bo nie są one czymś nowym w mym życiu, jednak zniechęcony nieustannymi złymi, do niczego nie prowadzącymi diagnozami przestałem już dawno szukać sposobu ich pokonania, nauczyłem się z nimi żyć, nigdy nie trwały dłużej niż kilka godzin, a najczęściej minut... teraz jednak trwają i nic nie zapowiada by miały się uspokoić. Do tego nasilony do granic wytrzymałości ból, rwący, piekący w obu nogach, wznoszący się do połowy klatki piersiowej.

Kilka dni później...
Powróciły ostre skoki poziomu glukozy we krwi, bez przyczyny, bez błędów dietetycznych... co rusz znajduję się na granicy utraty przytomności, co rusz walczę z ciemnością... i cóż z tego? Cóż robić, skoro jak w przypadku wszystkich innych objawów i tu lekarze nie wyrażają zainteresowania sprawą, zdiagnozowali co w standardzie idzie, nie wychylając się poza rutynę, nie siląc na kreatywne myślenie i zamknęli temat z wypisem jesienią 2008 roku - „nie stwierdza się cukrzycy hipoglikemicznej” i już...

Kilka dni później...
Do wszystkich powyższych, uparcie nie chcących ustąpić objawów, dołączają nowi partnerzy tego szaleństwa... zaostrzyły się bardzo niedowłady w nogach, ledwo już mogę się ruszać, podobnie zaostrzeniu uległ zanik czucia powierzchniowego, który objął też teraz i... dłonie! Za zaburzeniami czucia przyszły zaburzenia koordynacji ruchowej, aż w końcu pewnego dnia utraciłem znacznie władzę w prawej dłoni... to zmusiło mnie do poddania się i odwiedzenia ostrego dyżuru neurologicznego...

Wieczór...
Taksówką, z silnymi mdłościami powodowanymi ruchem samochodu, zawrotami głowy, uciekającymi oczyma, niedosłuchem, niedowładem dłoni, tudzież bardzo silnym po stronie prawej, oraz silnie nasilonymi niedowładami nóg trafiam na izbę przyjęć... tuż przed przyjęciem zmienia się pogoda. Niebo zaciąga się sinymi ciężkimi chmurami, spod których sączą się pojedyncze promienie zachodzącego słońca.

Na tablicy nad drzwiami do gabinetu zapala się mój numerek... z trudem wstaję i kieruję się do drzwi. Mijam duże okno, słońce całkiem zakryte chmurami, zerwał się wiatr, targając łanami, młodej, soczyście zielonej trawy, z ciemno sinych chmur w mgnienia oka spadła ściana ogłuszająco bębniąca o parapety deszczu... cóż za ironia, może niebo nade mną płacze? Wchodzę do gabinetu.

Wewnątrz...
Standardowe, nazbyt dobrze znane mi rozmowy, głupie docinki, w stylu co bardziej opryskliwych ze względu na porę lekarzy. Każą się rozebrać i kłaść, znam to na pamięć, niemal automatycznie więc wykonuję te czynności... moja kozetka ulokowana była blisko dużego okna. Pada... zdaje się że niebo chcę zewrzeć się z ziemią. Nadchodzi lekarz o właściwej biorąc pod uwagę objawy specjalizacji. Miła, lekko zasadnicza, młoda lekarka, to przyjemna odmiana po w większości opryskliwych Jej kolegach.

Cóż... jak się spodziewałem, wpierw trzeba wykluczyć to co najbardziej oczywiste – pasujące do objawów, a tudzież niebezpieczne, tak więc nic nie mówią, lecz ja już wiem, szukają udaru... przewożą mnie na tomograf. Po badaniu znów ląduję na kozetce... to nieco potrwa nim nadejdą wyniki, chwila spokoju...

Znów spoglądam za okno... przestało padać. Granatowo-sine ciężkie chmury, opadły na góry, zawadzając o szczyt Szyndzielni, nie spiesznie wznosząc się do góry. Nagle ciążka pierzyna chmur pęka, a z szpar w ich powierzchni strzelają złociste – purpurowe promienie słońca, jeden z nich pada wprost przez okno na mą twarz... cudowny widok. W duszy uśmiecham się do tego piękna, nie zwracam już uwagi na krzątaninę ludzi w białych kitlach obok, widzę tylko ten promień i ten spektakl magiczny natury. Spod chmur, zmierzając ku szczytom gór, wyjrzało czerwono – złote słońce, odbijając się kaskadą barw od sinych chmur... nieobecny zastanawiam się nad tym co się dzieje z mym ciałem, nie nerwowo, nie panicznie, raczej spokojnie, kontempluje uczucia połączone z tymi pięknem. Myślę czy to piękno które teraz widzę, czy to pożegnanie... w tej samej chwili, zrazu powoli, potem coraz silniej na wprost, pomiędzy górami, a szpitalem, zabłysła tęcza... w tej właśnie chwili poczułem jak ogrania mnie spokój, poczułem w duchu ogarniającą mnie pewność że to początek końca złego, a początek nadziei... początek czegoś nowego i że być może dziś w sposób nieprzewidywalny jak ale że... będzie dobrze. 

Uzupełnienie – minione 365 dni walki – pierwsze 365 dni leczenia...
W poprzednim wpisie działu „U mnie” z dnia 19.11.2012. (wpis nr.08/2012) szeroko omówiłem sukcesy i porażki minionego – pierwszego roku leczenia... z tego powodu nie będę tutaj ponownie do tego wracał, by nikogo nie zanudzać :) ograniczę się jedynie do uzupełnienia wcześniejszych wieści, o kilka liczb, dobrze ilustrujących ten miniony czas...

Jednym z ważnych, choć oczywiście nie obowiązkowych, aspektów leczenia, jest prowadzenie przez pacjenta swoistego „dzienniczka objawów”. Dzięki temu zarówno sam pacjent, jak i lekarz ma dobry wgląd prócz słów samego chorego, w przebieg choroby, leczenia, objawów, ich cofanie i nasilania. To bardzo dobra metoda, tym bardziej u osób u których jak u mnie choroba zaatakowała również układ nerwowy, w tym mózg, upośledzając w okresach zaostrzeń choroby między innymi koncentrację i pamięć krótkotrwałą, wówczas bardzo łatwo zapomnieć – pominąć, istotne szczegóły  - objawy, jakie dominowały w danym dniu... to znów przekłada się na to co przekazujemy lekarzowi, dlatego taki dzienniczek ułatwia znacznie życie obojgu. Ja sam dla jeszcze lepszego zilustrowania stanu w danych dniach, prócz spisywania objawów określam dany dzień za pomocą kilku symboli, którym odpowiada grupa objawów dominujących i stanu ogólnie.

Dzięki temu patrząc wstecz bardzo łatwo mogę określić kiedy i w jakim nasileniu, oraz długości występowały okresy zaostrzeń objawów, oraz okresy poprawy. W wyniku tego widać jak bardzo dużo się zmieniło na przestrzeni tego czasu, rzeczy które inaczej, z powodu zawodnej pamięci, oraz subiektywnej oceny, która przecież zawsze jest determinowana przez formę aktualną, mogłyby umknąć, a już na pewno byłyby mocno nieprecyzyjne...

I tak w okresie od l9.11.2011 do 19.12.2012:
  • dni w całkowitym załamaniu formy, w skrajnie złej formie, ze zmasowanym występowaniem objawów, gdy choroba wiodła prym, całkowicie izolując mnie od świata wyniosła 178
  • dni w stanie pośrednim pomiędzy dobry, a złym, nie pozwalającym na swobodne wyjście poza mieszkanie, ale z mniejszym od skrajnie złych dni, obciążeń – 81
  • dni dobrych, lecz z nagłym ostrym załamaniem stanu i powrotem zmasowanych objawów – 9
  • dni w dobrej formie, o mniejszym natężeniu objawów, pozwalających na krótkie rozmowy, wyjścia i spacery poza dom, bez ryzyka zmasowanego ataku zawrotów i bólu głowy – 28
  • dni z znaczną reemisją objawów pozwalających na w miarę normalną aktywność, w tym wyjścia poza dom, pojedyncze w góry – 69

Jak widać z powyższego wyliczenia, zdecydowanie bo aż blisko sześć łącznie miesięcy były to dni bardzo złe, gdy to choroba dyktowała warunki, a ja pozostawałem w jej cieniu... wydawać by się mogło więc że gdzie ten sukces? Gdzie te zmiany na lepsze... już spieszę z wyjaśnieniem, otóż jest to liczba łączna, bez rozbijania na okresy, gdyby jednak przyjrzeć się ich przebiegowi, okazuje się że blisko 110 z nich wystąpiło w pierwszych 7 miesiącach leczenia, co oznacza że w pozostałych pięciu było ich „tylko” 68, czyli blisko o połowę mniej, to wielki skok, po latach gdy występował dokładnie odwrotny mechanizm – gdy liczba dni złych błyskawicznie rosła, a tych lepszych malała... jak choćby w 2011 roku gdy (w przybliżeniu, jako że wówczas nie prowadziłem tak szczegółowych zapisków) liczba dni w skrajnie złym stanie wyniosła około 220.

Wyraźnie więc widać że liczba bezwzględna dni złych spadła, na korzyść stanów pośrednich, oraz dni gdy choroba oddaje mi moje ciało, a ja mogę w dużo większym stopniu normalnie funkcjonować, tudzież oczywiście powracać w góry... w miejscu tym znów chciałbym podkreślić że to wszystko jest możliwe wyłącznie dzięki Wam wszystkim którzy mnie wspieracie – dziękuję Wam za ten rok...
Aktualnie...
Cóż... aktualnie po okresie „dobrym”, czasie w którym mogłem odpocząć, nabrać sił, na kolejną rundę walki z chorobą... nadszedł właśnie czas zmagań... mniej więcej od 16.10.2012. moja forma szybko zaczęła zniżkować, stopniowo acz nie ubłaganie powracały zmasowane objawy, w tym zawroty głowy, szumy i piski uszne, zaburzenia równowagi i pogłębione niedowłady, które skutecznie wyłączyły mnie z aktywnego życia, po dziś dzień. Po drodze były maratony bezsenności, w tym jeden wyjątkowo długi, pisany bólem, liczący 52 godziny, oraz wiele innych przykrych niespodzianek boreliozy...

Stan „oblężenia” trwa z niewielkimi przerwami do dnia dzisiejszego, szczególnie trudne był okres między świąteczny, oraz ostatnie dni minionego roku... Szczęśliwie jednak tuż przed samymi Świętami Bożego Narodzenia udało mi się wykorzystując niewielką poprawę dotrzeć na Klimczok w Beskidzie Śląskim, gdzie nagrałem klip z życzeniami świąteczno-noworocznymi i podziękowaniem dla Was za wsparcie jakie mi ofiarowaliście. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji ich wysłuchać, serdecznie do tego zapraszam.

Z wycieczką tą wierzę się też pewna „śmieszna” acz irytująca przygoda o nieco bolesnych implikacjach. W dniu wypadu w góry w Bielsku-Białej była raczej brzydka pogoda, szare chmury wisiały nisko nad miastem. Zwiedziony tym obrazem, choć paradoksalnie licząc na dobre warunki pod pułapem chmur, zapomniawszy również o tym że niedawno powróciłem na wcześniej stosowany zestaw leków, w którym główny trzon stanowi antybiotyk powodujący uczulenie na światło słoneczne, o czym informuje i przestrzega ulotka – nie zabrałem ze sobą, zabieranych zawsze – okularów słonecznych. Objawy wrażliwości na światło są na tyle silne, że ulotka i lekarze nakazują wręcz unikanie długotrwałego przebywania na słońcu (powyżej 30 minut dla słońca letniego), wiedziałem o tym a jakże, tylko nie w tym dniu, gdy to spiesząc się w ukochane góry, nie miałem czasu zaprzątać tym swojej uwagi...

I tak niesiony na skrzydłach radości po wyrwaniu się z domowego aresztu, rozkoszowałem się słoneczkiem jakie wyszło z chmur gdy tylko przekroczyłem wysokość 1000 m n.p.m. Z nadejściem wieczoru nasilił się mroźny, porywisty wiatr, doskonale wysuszający skórę i.. oczy. Już wracając z gór, po zmroku, czułem że coś jest nie tak z oczyma, jakoś piekły, powieki były lekko obrzęknięte, miałem aż nadto dobrze mi znane uczucie pieczenia, jakby piasek do nich nasypano – oznaka suchości oka – nic to, przecież nie było to niczym nadzwyczajnym, ani nowym. W nocy stopniowo oczy bolały coraz bardziej, widziałem jak przez mgłę...

Rankiem po przebudzeniu, ku przerażaniu stwierdziłem że nie mogę ich otworzyć, że są sklejone jakąś wydzieliną, gdy w końcu się z tym uporałem, wydawało mi się że są jakieś opuchnięte czy coś... po wstaniu zerknąłem do lustra a tam... zobaczyłem misia pandę, lub ofiarę pobicia :) Powieki były napuchnięte, a kolorek miały jak po solidnym razie... dopiero wówczas mnie „olśniło” i cudownie odblokowały się ścieżki do tak ważnych myśli – okulary słoneczne... W ten sposób dorobiłem się iście „himalajskich” oczek, gdyż nie było to nic innego jak oparzenie siatkówki... przygoda ta niech będzie przypomnieniem iż ulotki w lekach, choć pisane ze sporym marginesem bezpieczeństwa i przesady, są po to by je czytać i przestrzegać, podobnie jak słowa lekarzy...
Opuchlizna po oparzeniu siatkówki oczu Film z życzeniami świąteczno-noworocznymi 21.12.2012.
2012 – podsumowanie / 2013 nadzieję...

I tak szczęśliwie zamknęliśmy kilka dni temu kolejny rok naszego życia.  Często można było usłyszeć komentarze na temat sensu obchodów tegoż ostatniego dnia roku i powitania nowego... częstymi głosami były te mówiące iż jakie ma to znaczenie, że dzień jak co dzień, a po nim kolejny dzień... więc po cóż w sposób szczególny go wyróżniać? Po cóż tak walne uroczystości, bale, życzenia, ferie sztucznych ogni...

Tak oczywiście – jest to dzień jak co dzień, jak każdy z innych 365 dni roku, niebo nie zawaliło się nam na głowy, nic też szczególnego się w sensie historycznym w nim nie wydarzyło, ot kiedyś przyjęto taki, a nie inny system kalendarzowy i tak akurat wypada że co 365 dni roku w naszej kulturze wypada koniec danego roku, zmiana jedynie cyfry w jego liczbie...

Czy jednak takie stawianie sprawy jest aby na pewno właściwe? Pozwolę sobie nie zgodzić się z takowym ujęciem znaczenia temu dniu. Dzień ten bowiem jest rzeczywiście jedynie jednym z kolejnych dni naszego życia - jest on jednak umownym symbolem, zamknięcia jakiegoś okresu – czasu, lepszego czy gorszego naszego bycia. Taki umowny dzień rachuby sukcesów i porażek, to dobry moment na zatrzymanie się w pędzie codziennego życia, przeanalizowanie minionego czasu, rachubę sumienia i wyciągnięcie wniosków, z których rodzą się życzenia – postanowienia na rok kolejny w którym staramy się unikać takich czy innych sytuacji, bądź dążyć do zrealizowania określonych celów. Z tego punktu widzenie jest to czas wyjątkowo ważny, gdyż takie „reset” naszego umysłu pozwala nam z czystym kontem ruszyć dalej w przyszłość.

Wreszcie jest też inny ważny, o czym często malkontenci zapominają powód radowania się z przeżycia kolejnych 365 dni – jest nim właśnie samo „przeżycie”... coś co osoby niepełnosprawne, chore, walczące z chorobą o każdy kolejny dzień wiedzą doskonale – jak wielkim skarbem jest sam cud życia i z tegoż powodu jest to dzień ważny – swoista celebracja święta życia.

Można oczywiście oponować iż takowy rachunek sumienia, nowe postanowienia, jak i radość z „bycia” można obchodzić w każdy inny dzień roku, owszem, oczywiście że tak, jak pisałem jest to jedynie umowny symbol wynikający z przyjętego kalendarza, co najlepiej potwierdza iż w innych kulturach gdzie czas kalendarzowy jest liczony nieco inaczej, dzień taki jest obchodzony innej daty. Nie zmienia to jednak faktów powyższych, a jego powszechne obchody w danym dniu umożliwią wspólne celebrowanie i przeżywanie tegoż święta.

Każdy z nas zapewne inaczej oceniłby ten czas, każdy inaczej go wspomina, każdy też ma swoje osobiste życzenia na ten nowy, dopiero co rozpoczęty 2013 rok... oglądając się wstecz mogę powiedzieć jedynie jakim ten czas był dla mnie... był to rok o niezwykle dynamicznym przebiegu, obfitujący w niezwykle burzliwą i wyczerpującą walkę z chorobą, walkę która rozpoczęła się dzięki Wam Wszystkim jesienią 2011 roku, był to czas wypełniony bólem, zmasowanymi objawami ze strony broniącej się choroby.

Jednak prócz codziennego znoju i walki, opierania się chorobie, było i wiele pięknych, wspaniałych dni, gdy to choroba była w defensywie, a ja mogłem czerpać o wiele więcej niż wcześniej z życia. W czasie tym więc udało mi się wybrać 9 razy w góry, co ważne już nie tylko te najbliżej mnie okalające w odległości nie większej niż kilka / kilkanaście kilometrów, ale i dalsze, odwiedzając od dawna nie widziane rejony i szczyty, zapisane barwnymi wspomnieniami z czasów dzieciństwa, jak choćby Leskowiec, czy Romanka i Rysianka. Prócz tego, wbrew i na przekór chorobie, czasem w stanach mocno średnich, nader często, o wiele częściej niż wcześniej udawało mi się wyjść na  włóczęgi z aparatem fotograficznym i małym Przyjacielem – Yorkiem Kubą, na kilkunastu kilometrowe spacery - łącznie było takich dłuższych „fotograficznych włóczęg” szesnaście.

Z rzeczy które niezmiernie mnie w tym minionym już roku ucieszyły było również wyróżnienie w konkursie fotograficznym „Beskidy w kadrze zatrzymane” 21.09.2012. (więcej tutaj), oraz ukończenie zdobywania odznaki turystyki pieszej, ustanowionej przez PTTK Bielsko-Biała „Mała Korona Beskidów”, odznaka ta sama z siebie będąca jedynie plakietką, nabiera zgoła innego znaczenia gdy wziąć pod uwagę iż została zdobyta w trzech najcięższych z lat w moim dotychczasowym życiu... stała się ona więc dla mnie swoistym symbolem zwycięstwa woli nad słabościami toczonego chorobą ciała (więcej o tym znajdziecie również w poprzednim wpisie „U mnie” - numer 08/2012).

Był więc to czas o bardzo zróżnicowanym kolorycie, pisany zarówno łzami bezsilności i bólem, jak i łzami wzruszenia oraz radości, z bycia, z możliwości odwiedzenia miejsc tak mi drogich, odkrywania nowych, doświadczania i czerpania z czary życia, czerpania radości z bycia z bliskimi, wreszcie był to przede wszystkim czas w którym niesiony na skrzydłach nowej wiary jaką mi ofiarowywaliście przez cały ten czas, z nowymi siłami stawiania oporu chorobie – za co z całego serca dziękuję.

Do wyjątkowo miłych tradycji Sylwestrowych należy składanie sobie życzeń, słowa jakie w nich przekazujemy są bardzo różne, uzależnione od osób do których je kierujemy, od sytuacji życiowej, czy marzeń, ale wśród nich wszystkich są i takie które mają wartość uniwersalną, wartość ponad czasową i zawsze równie ważną – są to życzenia zdrowia, szczęścia i pomyślności – i właśnie te słowa również ja sam kieruję do Was Wszystkich, dodając serdeczne podziękowanie za cały miniony czas – czas który mi ofiarowaliście – dziękuję. Wszystkiego dobrego!

*    *    *

Na koniec zapraszam do przeglądnięcia wybranych zdjęć ukazujących radosne, ważne i codzienne chwile zmagań z chorobą minionego 2012 roku, poniżej natomiast tegoż albumu znajdziecie spis wypadów w góry, oraz „fotograficznych włóczęg” połączonych bezpośrednio linkami z zdjęciami w galerii będącymi pokłosiem owych wypadów.
Album z wybranymi zdjęciami ilustrującymi 2012:
Wyjazdy w góry w roku 2012:
  1. 27.01.2012. - Beskid Śląski: Mikuszowice Śląskie (dolna stacja kolejki linowej) / Szyndzielnia 1026 m n.p.m. (górna stacja kolejki linowej) / Klimczok 1117 m n.p.m./ Trzy Kopce 1080 m n.p.m. / Stołów 1035 m n.p.m. / Błatnia 917 m n.p.m. / Jaworze Górne (hotel Jawor przystanek PKS) / ALBUM
  2. 22.04.2012. - Beskid Śląski: Ustroń Polana, Wielka Czantoria 995 m n.p.m., Przełęcz Beskidek 684 m n.p.m., Soszów Mały 762 m n.p.m., Schronisko PTTK na Soszowie, Soszów Wielki 885 m n.p.m., Wisła Jawornik / ALBUM 
  3. 28.04.2012. - Beskid Śląski Olszówka Dolna przystanek MZK, Cygański Las, Tor Saneczkowy, Przełęcz Kozia, Kozia Górka (Stefanka), Schronisko na Stefance, Błonie, Mikuszowice Śląskie / ALBUM 
  4. 24.06.2012. - Beskid Śląski: Szczyrk Kolejka, Skrzyczne 1257 m n.p.m., Hala Skrzeczańska, Małe Skrzyczne 1211 m n.p.m., Malinowska Skała 1152 m n.p.m., Jaskinia pod Malinowem, Malinów 1114 m n.p.m., Szczyrk Solisko / ALBUM 
  5. 27.06.2012. - Beskid Mały: Kocierz Basie , Studencka Chatka pod Potrójną, Przełęcz pod Przykrą, Na Przykrej, Łamana Skała - rezerwat Madohora 929 m n.p.m., Smrekowica 880 m n.p.m., Na Beskdzie 863 m n.p.m., Potrójna 847 m n.p.m., Hala Rzycka, Leskowiec 922 m n.p.m., Schronisko PTTK pod Leskowcem 890 m n.p.m. (Groń Jana Pawła II), Mydlarze, Wantoły, Rzyki Jagódki / ALBUM 
  6. 10.08.2012. - Beskid Śląski: Olszówka Górna, Kolej Linowa na Szyndzielnię, Szyndzielnia 1026 m n.p.m., Klimczok 1117 m n.p.m., Przełęcz Kowiorek (Siodło), Schronisko PTTK pod Klimczokiem 1052 m n.p.m., Bystra Krakowska / Zajazd pod Źródłem (przystanek MZK) / ALBUM 
  7. 09.09.2012. - Beskid Śląski: Przełęcz Salmopolska (Biały Krzyż) 934m n.p.m., Jaworzyna 799m n.p.m., Smrekowiec 835m n.p.m., Gościelów 810m n.p.m., Trzy Kopce 810m n.p.m., Świniarka 705m n.p.m., Orłowa 813m n.p.m., Ustroń Polana PKP  / ALBUM 
  8. 15.10.2012. - Beskid Żywiecki: Żabnica Skałka 603 m n.p.m. – Stacja Turystyczna Słowianka 846 m n.p.m. – Hala Majerkowa – Romanka 1366 m n.p.m. – Hala Łyśniowska – Hala Pawlusia – Hala Sopotniańska – Schronisko PTTK Rysianka 1290 m n.p.m. - Hala Sopotniańska – Niemcy – Żabnica Skałka 603 m n.p.m / ALBUM
  9. 21.12.2012. - Beskid Śląski: Mikuszowice Śląskie – Szyndzielnia 1026 m n.p.m. – Schronisko PTTK Szyndzielnia - Klimczok 1117 m n.p.m. – Przełęcz Kowiorek (Siodło) 1035 m n.p.m. – Schronisko PTTK pod Klimczokiem 1052 m n.p.m. – Szyndzielnia 1026 m n.p.m. – Mikuszowice Śląskie / 
Włóczęgi z Kubą i aparatem:
  1. 04.03.2012. - zachód słońca nad dachami miasta Bielska-Białej /  ALBUM 
  2. 05.04.2012. - zachód słońca na Lotnisku Sportowym w Aleksandrowicach (Bielsko-Biała) / ALBUM 
  3. 17.04.-22.05.2012 - zdjęcia zebrane z trzech wiosennych spacerów po okolicach Bielska - Białej, oraz fotografii wybranych dwóch przedstawicieli pajęczaków - Kleszcza Pospolitego, oraz Kątnika Domowego Większego /  ALBUM 
  4. 23.06.2012. - zdjęcia zebrane ze spaceru po okolicach miasta Bielsko-Biała, w tym dzielnicy: Lipnik, Biała, oraz osiedla mieszkaniowego Złote Łany /  ALBUM 
  5. 30.06.2012. - wybrane zdjęcia z wieczornego wypadu na Dębowiec z Mikuszowic Śląskich, z zejściem do Kamienicy (dzielnica miasta Bielska – Biała) / ALBUM 
  6. 05.07.2012. - wybrane zdjęcia z pierwszych "pływackich" prób w nowych ortezach firmy DonJoy model 4Titude, na niewielkim zalewie w Wapienicy, oraz spacer powrotny rejonami Wapienicy i lotniska sportowego w Aleksandrowicach (dzielnica Bielska-Białej) / ALBUM 
  7. 10.07.2012. - wybrane zdjęcia z krótkiego wieczornego wypadu na Gaiki z Lipnika (dzielnica Bielska-Białej), położone w paśmie Hrobaczej Łąki, w Beskidzie Małym /  ALBUM 
  8. 31.07.2012. - wybrane zdjęcia z kolejnego letniego spaceru po okolicach miasta Bielsko-Biała. Tym razem są to zdjęcia z niezurbanizowanych terenów rejonu Lipnika, popularnie zwanego "Krzywa" / ALBUM 
  9. 22-30.08.2012. - zdjęcia zebrane z trzech epizodów, pierwszego relacjonującego wieczorną włóczęgę po obrzeżnych terenach rolniczych i zielonych dzielnicy Lipnik i Kozy, miasta Bielsko-Biała w dniu 30.08.2012., oraz dwóch przedstawiających „upolowanych” obiektywem w domu, nocnych gości z rodziny owadów / ALBUM  
  10. 07.09.-16.09.2012. - zdjęcia zebrane z kilku fotograficznych przygód, trzech spacerów po okolicach Bielska-Białej, oraz makro fotografii pleśni. Spacery według dat: 07.09.2012. - tereny Lotniska Sportowego w Aleksandrowicach / 12.09.2012. - zachód słońca w rejonie osiedla w dzielnicy Lipnik, oraz terenach rolniczych Krzywa / 13.09.2012. makro fotografii pleśni spożywczej / ALBUM 
  11. 05.10.2012. - fotorelacja z krótkiego wieczornego spaceru w dniu 05.10.2012. po terenach historycznego wzgórza „Trzy Lipki” 386 m n.p.m. znajdującego się w północnej części Bielska-Białej, skąd roztaczają się wyjątkowo rozległe i piękne panoramy na otaczające miasto pasma Beskidu Śląskiego i Małego / ALBUM 
START
O MNIE – JAK POMÓC
O MNIE
MOJA HISTORIA WALKI Z CHOROBĄ
JAK POMÓC
DATKI
ULOTKI
OFIAROWANIE 1%
BANERY DO POBRANIA
DANE FUNDACJ

ARTYKUŁY
ARTYKUŁY 2014
ARTYKUŁY 2013
ARTYKUŁY 2012
ARTYKUŁY 2011
ARTYKUŁY 2010


PROZA

RECENZJE
PODZIĘKOWANIA

U MNIE

POEZJA
POEZJA 2014
POEZJA 2013
POEZJA 2012
POEZJA 2011
POEZJA 2010

POEZJA 2009
POEZJA 2008
POEZJA 2007
POEZJA 2006
POEZJA 2005
POEZJA 2003-04

GALERIA
FILMY
RĘKODZIEŁO
PORADNIK

SPRZĘT

KONKURSY


KUP TOMIK
TOMIK NA KRAWĘDZI
TOMIK POZA KRAWĘDZIĄ
SZLAKI
BESKID ŚLĄSKI
BESKID MAŁY
BESKID ŻYWIECKI
GORCE I PIENINY
TATRY WYSOKIE PL
TATRY ZACHODNIE PL
TATRY  SŁOWACKI

POLITYKA COOKIES
SCHRONISKA
POLSKIE BESKIDY
BIESZCZADY
GORCE I PIENINY
SUDETY
POLSKIE TATRY
SŁOWACKIE TATRY
POZOSTAŁE

LINKI - ZASOBY

KONTAKT
Copyright © 2009 - 2016 by Sebastian Nikiel  ·  kontakt: s.nikiel.mojegory@gmail.com