Z życia codziennego w objęciach choroby...
Jest późna noc... niedawno skończyła się
Wigilia Wielkanocna... moja rodzina śpi za ścianą w drugim pokoju. Ja
siedzę, czekam na kolejną dawkę leków, potem spać... może dziś
uda się zasnąć. Może dane mi będzie schronić się przed smutkiem, oraz
bólem jaki trawi me wnętrze. Tym razem dopadła mnie kulminacja
choroby w same święta... w dni w których szczególnie
jaskrawo widać jak wiele odbiera ona ze zwykłych, acz ważnych, radości
życia... gdy obdziera mnie z ostatków normalności, rzucając się
głębokim cieniem nie tylko na mnie, ale wszystkich moich bliskich.
W te Święta odwiedzili nas bliscy dla nas członkowie rodziny, dziś
jednak Oni tam, ja tu...w osobnym pokoju, w przeważającej większości ze
stoperami w uszach... zataczając, plątam się czasem jak cień po
przedpokoju... ja tu Oni tam, tak blisko i tak daleko... jednak błędnik
skutecznie czyni tę odległość niemożliwą do pokonania, próby
bycia, próby uczestniczenia, dawania siebie bliskim i radowania
się ich obecnością, kończy się natychmiastowym nasileniem aż po mdłości
i omdlenie objawów ze strony błędnika, szumów,
pisków, zawrotów... osłabienia koordynacji nóg,
które samoczynnie się uginają. To trudne, niezwykle trudne i
bolesne... to jedna z ogromnej ilości sytuacji gdy choroba odizolowuje,
obdziera, czyniąc bezbronnym, zrzucając człowieka na samo dno
jestestwa... i tak trwam, skulony na nim, czekając aż z jego dna, z
czerni czeluści ujrzę znów słońce i wypuszczony z objęć choroby
zacznę się ku niemu wspinać...na chwilę.
(wpis utworzony w noc Wielkanocy 08.04.2012.)
* * *
|
 |
Kilka faktów i mitów na temat boreliozy i kleszczy...
Borelioza jest nie jedyną ale najczęstszą z chorób przenoszoną
przez zainfekowane nią kleszcze. Wokół tej choroby narosło
bardzo wiele niedomówień, mitów, wręcz kłamstw. Wciąż
niepoznana jej natura, jako że choroba ta jest stosunkowo
„młodą” sprzyja wyparzaniu faktów, oraz ich dowolnej
interpretacji nie tylko przez ludzi, ale może przede wszystkim wręcz
przez lekarzy. Ponieważ jest to temat niezwykle obszerny,
którego starczyłoby z powodzeniem na nie jedną książkę, skupię
się tylko na wymienieniu kilku najbardziej powszechnych obiegowych
opinii i odpowiedzi na nie – opinii z którymi sam
spotykam się najczęściej.
Mit I:
„Każdemu
ukąszeniu zainfekowanego kleszcza jedną z chorób zakaźnych,
tudzież boreliozy, towarzyszy zawsze rumień, jeśli rumień nie wystąpi
nie mamy podstaw do obaw...”
Odpowiedź:
Jedno z najbardziej rozpowszechnionych kłamstw na temat kleszczy...
smutkiem napawa że do rozpowszechniania takich wieści przyczyniają się
walnie sami lekarze. Otóż stwierdzenie to jest całkowitą fikcją.
Odpowiedź brzmi – nie, nie zawsze musi wystąpić rumień. Występuję
on jedynie u około 70% zakażonych boreliozą (i innymi przenoszonymi
przez kleszcza chorobami) u 30% zakażenie może przebiegać w początkowej
fazie zupełnie bezobjawowo, lub z objawami niespójnymi, mogącymi
sugerować zupełnie inne choroby, nawet grypę.
Mit II:
„Nie pamiętam aby ugryzł mnie kleszcz, dlaczego więc mam boreliozę...”
Odpowiedź:
Kleszcz wgryzając się w naszą skórę czyni to w praktycznie
bezbolesny sposób. Podobnie jak komary wstrzykuję on specjalną
substancję chemiczną która łagodzi swędzenie, oraz zapobiega
koagulacji krwi. Kleszcze wyszukuję zazwyczaj mało widoczne miejsca,
ciepłe, o miękkiej skórze, często zarośnięte: głowa, za
małżowinami usznymi, pachy, pachwiny. Nie ma tu oczywiście reguły, gdyż
jeśli kleszcz nie zdoła się dostać do takich miejsc, zadowoli się
niestety każdym innym. Jednak jeśli uda mu się „ukryć”
pozostanie on praktycznie nie zauważanym przez nas gościem. Po posiłku
kleszcz odpada i jeśli nie wystąpi wspomniany rumień, nigdy nie dowiemy
się o tym że był naszym niechlubnym gościem. Stąd nader często osoby
które zostały zaskoczone przykrymi nowinami o chorobie mogą nie
mieć pojęcia, nie pamiętać spotkania z kleszczem.
Jednak to nie wyczerpuję tego tematu. W miejscu tym wkraczam na
niezwykle grząski grunt, jako że jak pisałem natura tej choroby, je
mechanizm działania, oraz przenoszenia wciąż nie został do końca
poznany i tak naprawdę wszystko co jest wymieniane dziś jako pewnik
jutro może okazać się jedynie śmieszną fikcją. Stąd proszę o właściwą
rezerwę do tego co teraz piszę, jako że są to tylko luźne, niepowiązane
w faktach medycznych obserwacje.
Zdarza się bowiem że rzeczywiście osoby nieugryzione przez kleszcza
nagle zachorowały. Znane są mi przypadki par w których jedno z
partnerów było chore, a wkrótce potem chorobę
diagnozowano u drugiego. Podobnie zdarzyło się wiele razy że zakażone
boreliozą kobiety rodziły już chore dzieci. Wszystko to nakazuje
podejrzewać że wciąż nie znamy wszystkich możliwych dróg
zakażenia.
Mit III:
„Standardowe
ordynowane przez lekarzy NFZ leczenie wykrytej boreliozy, w postaci 3
– 4 tygodniowej antybiotykoterapii jest jedyną właściwą, dającą
pewność wyleczenia terapią, która kończy leczenie.”
Odpowiedź:
Drugie z najczęstszych kłamstw nagłaśniane
powszechnie przez środowisko lekarskie, skupionego wokół
oficjalnego nurtu reprezentowanego przez NFZ. Dodać trzeba na niejako
usprawiedliwianie naszych lekarzy, że ma to miejsce nie tylko w naszym,
ale w większości krajów. Wyjątkiem chlubnym w tej sytuacji jest
Rosja i USA, gdzie głośno i oficjalnie mówi się o innych
metodach leczenia. W Rosji wręcz całkowicie neguję się sens tak
krótkiego leczenia, od razu ordynując długotrwała
antybiotykoterapię.
Standardowe 3-4 tygodniowe leczenie boreliozy, poprzez podawanie
dożylne antybiotyków może być skuteczne i to tylko u
niektórych, w przypadkach świeżo zakażonych osób. Im
dłużej choroba plądruje nasz organizm przebiegając bez objawowo,
tudzież skąpo objawowo, tym trudnej ją wyleczyć, tym więcej
obszarów mogła ona zająć. Wówczas standardowe leczenie
jest najczęściej bez skuteczne, gorzej przysłużyć się ono może samej
boreliozie uodporniając ją na daną grupę antybiotyków (podobnie
jest w przypadku każdej innej choroby gdzie stosuje się antybiotyki,
ich zbyt wczesne przerwanie skutkuje zazwyczaj nabyciem odporności na
nie przez samą chorobę).
Kością niezgody pomiędzy lekarzami oficjalnego nurtu (tak nazwijmy na
potrzeby artykułu lekarzy opowiadających się za krótkotrwałą
antybiotykoterapią) jest istnienie (większość badań i obserwacji
klinicznych lekarzy skupionych wokół ILADS potwierdza jej
istnienie) formy przetrwalnikowej (cysty) boreliozy. Istnienie takiej
formy wyjaśnia niską, bądź żadną skuteczność leczenia
krótkotrwałego, gdyż zaatakowana antybiotykami borelioza szybko
przeistacza się w postać cysty, spokojnie czekając na zakończenie
leczenia... po czym od nowa zaczyna namnażać się w tkankach i atakować
organizm. Stąd jeśli leczenie trwałoby odpowiednio dłużej i włączono by
do niego również leki rozbijające cysty szanse na wyleczenie
byłyby o wiele większe, jednak w standardowym leczeniu daje się szanse
boreliozie ukryć się w tkankach, oraz uodpornić w kolejnym pokoleniu na
podane w krótkim pulsie antybiotyki.
Mit IV:
„Niestandardowe
leczenie długotrwałą antybiotykoterapią według amerykańskich zasad
ILADS jest niezwykle inwazyjne, może też spowodować powstanie grzybicy,
jest też szkodliwe dla większości organów z układu trawiennego,
w tym żołądka, wątroby, nerek, trzustki.”
Odpowiedź:
Kolejna z rozpowszechnianych przez lekarzy
standardowych kłamliwych opinii. Notabene rozpowszechnianie takich
wieści leży w interesie samych to czyniących, jak i całościowo systemu
NFZ, opinie takie służą zniechęcaniu chorych wobec rzeczowego leczenia,
próbując utrzymać monopol na słuszność standardowej metody, a
samemu systemowi walnie pomaga minimalizować kosztem pacjenta koszty
finansowe leczenia, jako że z oczywistych powodów lepiej jest
opłacać trzy tygodniowe leczenie niż wielomiesięczne, nawet
wieloletnie.
Tak - długotrwała antybiotykoterapia jest obciążająca i inwazyjna dla
naszego organizmu. Jednak lekarze leczący wedle zasad ILADS już od
bardzo dawna, poprzez gruntowne badania klincze nauczyli się
minimalizować negatywne skutki takiegoż leczenia, czego żywym dowodem
jestem choćby ja sam.
Jestem bardzo osłabiony, a mój organizm jest bardzo wyniszczony,
współistnieje we mnie również kilka różnych, nie
tylko jedna, chorób. W takiej sytuacji wydawać by się mogło że
to właśnie mój organizm powinien najszybciej poddać się i polec
wobec tak demonicznie przedstawianych efektów tegoż leczenia.
Jest jednak dokładnie odwrotnie – nie tylko organizm nie
zareagował źle, lecz wręcz znakomicie. Co pięć tygodni wykonuję pełen
panel badań krwi i moczu, ich wyniki są znakomite, znacznie lepsze niż
przed rozpoczęciem leczenia. Myślę że to koronny dowód przeciw
takim negatywnym opinią.
Tak - leczenie ILADS może stać się przyczyną powstania grzybicy, jednak
jak pisałem od dawna są znane już metody minimalizowania tego ryzyka.
Podstawą tutaj jest zachowanie odpowiedniej diety, oraz właściwa
suplementacja, która przez cały czas dostarcza naszemu
organizmowi nowe kultury niszczonych przez antybiotyki kolonii
mikroflory organicznej.
Chciałbym tutaj przedstawić jeszcze jeden ważny pomijany milczeniem
przez lekarzy fakt, może raczej pytanie – dlaczego tak uporczywie
uwypukla się i przejaskrawia negatywne wpływy antybiotykoterpaii, gdy
znamy stosowane o wiele bardziej inwazyjne metody leczenia, gdzie nikt
słowem nie dyskutuję nad ich szkodliwością. Chemioterapia, czy leczenie
raka prostaty (długotrwale podawanymi inwazyjnymi lekami),
sterydoterapię, oraz wiele, wiele innych... Już widzę poirytowanych
lekarzy jak odpowiadają iż dlatego że wymienione terapie ratuję życie,
no właśnie... tu trafiamy na kolejny mur, gdyż powszechnie twierdzi się
że borelioza nie zabija, owszem ona sama nie – podobnie jak HIV,
on sam też nie zabija – zabija w końcu najprostszy zarazek, na
skutek upośledzenia funkcji układu odpornościowego. Podobnie w
przypadku boreliozy ona sama nie jest bezpośrednią przyczyną śmierci,
ale staje się nią ogólne wyniszczenie organizmu jakie
spowodowała.
Oczywiście nie zawsze musi do tego dojść, są to przypadki skrajne, o
wiele częściej staje się ona przyczyną niewymownego cierpienia, oraz
kalectwa poprzez porażenie dowolnych nerwów obwodowych. Czy więc
wówczas jak w przypadku innych ratujących życie inwazyjnych
terapii nie warto spróbować walczyć o zdrowie? Odpowiedzcie na
to pytanie sami...
Mit V:
Na koniec tego subtelnego wręcz dotknięcia ogromu tematu związanego z
boreliozą, pytanie które pojawia się bardzo często nie tylko pod
moim, ale wielu innych chorych adresem...
„Znam
kogoś kto miał boreliozę i po zwykłym antybiotyku mu przeszło, więc czy
ty masz jakieś inne, bardziej zajadłe bakterie?”
Odpowiedź:
Pozornie proste pytanie jednak skrywające
złożoną odpowiedź... najprościej można to ująć tak, znam kogoś kto po
chemioterapii przeżył życie bez nawrotu raka, ale znam też kogoś kto
pomimo wielu sesji chemioterapii zmarł...
Borelioza jest chorobą niezwykle „sprytną” potrafiącą
znakomicie się maskować, zanikać by po nawet latach znów
zaatakować, oraz przede wszystkim nie są poznane wszystkie możliwe
następstwa zachorowania na nią i samego przebiegu procesu chorobowego.
Tak więc może się okazać że osoby które myślą że zostały
wyleczone po kilku latach może spotkać przykra niespodzianka. Natomiast
faktem jest że choroba przebiega o wiele ciężej i bardziej agresywnie u
osób o osłabionym, szczególnie przez inne choroby
organizmie. I ja sam zaliczam się do takich osób.
Dziś jestem prawie całkowicie pewny że chorowałem od co najmniej 12
lat, a jest wysoce prawdopodobne że od czasów wczesnego
dzieciństwa. W okresie dzieciństwa jednak bagatelizowano niepokojące
sygnały, które z czasem uległy wyciszeniu, a choroba przebiegała
w utajeniu. Dopiero gdy ostatecznie w 2005 roku uszkodziłem kręgosłup,
potem kolano, a mój organizm wyczerpany bólem, oraz
osłabiony innymi chorobami stał się łatwym kąskiem dla boreliozy,
która niedługo potem już w 2007 roku zaatakowała, a ostatecznie
wybuchła wysyłając mnie z zanikiem słuchu, oraz paraliżem prawego
ramienia wprost do szpitala...
Wniosek stąd jest oczywisty, nie ma jednego ściśle określonego typu
przebiegu samej choroby, przebiega ono zawsze osobniczo i tylko w
niektórych punktach może być zbieżna z obrazem klinicznym innej
chorej osoby, stąd właśnie tak trudno stwierdzić że z nią właśnie mamy
do czynienia. Jej skutki, oraz natężanie zależne jest od wielu
czynników i może jak w przypadku wielu innych chorób
skończyć się tragicznie, albo wywołać jedynie lekki ból głowy. |
|
|
Co u mnie – czyli wieści z frontu...
Po niedawnej zmianie leków, nastąpiło u mnie gwałtowne
pogorszenie, które skutecznie zatrzymuję mnie w murach
mieszkania... moja niepokorna natura, oraz umiłowanie do aktywnego
życia srogo się temu sprzeciwia, mija już blisko trzy miesiące odkąd
opuściłem po raz ostatni progi tak drogich mi gór... co
charakterystyczne dla tej choroby, bawi się ona doskonale moimi
emocjami na przemian to dając nadzieję to ją odbierając. Zmiany stanu
od złego do dobrego i dobrego do skrajnie złego mogą mieć miejsce na
przestrzeni nawet kilkunastu godzin, trudno więc doprawdy
wówczas móc cokolwiek zaplanować, móc wyjść
– w góry oczywiście... i tak zwodzony tą ułudą wielkiego
mistyfikatora jakim jest borelioza trzymam w pogotowiu i nadziei,
przygotowany do wymarszu ekwipunek w góry na blacie biurka...
trzymam go tak już ponad sześć tygodni.
Czasem śmieję się ironicznie, pogrążony w goryczy że po tym wszystkim
będę mistrzem świata w pakowaniu i rozpakowywaniu plecaka... w chwilach
tych pozostają mi tylko trzy słowa w sercu, których wciąż na
nowo i wciąż od nowa się uczę: wiara, nadzieja, cierpliwość...
Wiara w lepsze jutro, w pokonanie choroby, w powrót w ukochane
mi góry. Nadzieja że choroba nie zniszczy mej woli, pasji, ale
przede wszystkim że już wkrótce w powrócę pomiędzy
szczyty, oraz cierpliwość w oczekiwaniu na spełnienie tej nadziei i
wiary...
Pomimo to, pomimo iż pozornie może wyglądać że wciąż jest gorzej, tak
nie jest. Jak już wspominałem we wcześniejszym wpisie, aby móc
kontrolować wraz z lekarzem zmiany jakie następują podczas leczenia,
pilnie spisuję objawy z każdego dnia, przyporządkowując je określonemu
symbolowi odpowiadającemu danej grupie objawów i ich nasilenie.
Dzięki tej metodzie obrazowania jasne staje się że zmiany są, że
światełko w tym bardzo długim tunelu na drodze ku zdrowiu jest jednak
nieco bliżej.
Spada liczba dni tych najcięższych, rośnie stanów pośrednich,
ewidentnie więc widać że obrany kierunek i upór z jakim dążyłem
do tego jakże drogiego leczenia był właściwą decyzją, że wciąż szansa
na pokonanie choroby pozostaje żywa... dziękuję Wam wszystkim
którzy wspieracie mnie w tej walce, nie byłaby ona możliwa bez
Waszej pomocy.
Dziękuję za wszystkie ciepłe słowa, wsparcie nie tylko materialne ale
też duchowe, ono równie jest ważne, jak bowiem leki kupowane za
pieniądze są karmą dla chorego ciała, tak Wasze słowa są strawą dla
mego ducha – więc dziękuję Wam za to...
|
Na moim biurku leżą gotowe do spakowania rzeczy, czekają już od dwóch i pół miesiąca
na chwilę gdy choroba pozwoli mi znów zagościć w górach... |
 |
| Pozostaje więc... wiara, nadzieja, cierpliwość... |
|
W końcu w dniu
22.04.2012. udało mi się wstrzelić „lepszy dzień”, nie był
to wyjątkowo dobry dzień, jednak nie zamierzałem już czekać, aby
przypadkiem nie przekonać się, iż przegapiłem swoją szansę... I tak
rankiem wyrwaliśmy z małym towarzyszem Patrykiem w Beskid Śląski, tym
razem celem była Czantoria i Soszów. Trafiliśmy na dość trudne
warunki, jednak bardziej dla elektroniki, tudzież aparatu
fotograficznego, dla mnie bowiem nie ma złych warunków w
górach, nie istnieje coś takiego jak ograniczenie na bycie w
nich ze względu na pogodę, jako że góry są piękne w każdych z
nich, w każdych ukazując swoje inne piękne, czasem groźne, uczące
pokory oblicze.
Mieliśmy więc wszelkie możliwe żywioły, cały wachlarz pogodowy, od
słonecznej pogody, przez deszcz, grad, śnieg, burzę, po ponownie słońce
na koniec wędrówki. Jak zawsze było pięknie, jak zawsze warto
było czekać na ten dzień i choć był to jedynie krótki wypad,
przydał mi on znów nowych pokładów sił i dystansu, tak
potrzebnego do dalszej walki z chorobą. |
 |
| Zapraszam do odwiedzenia "Galerii" gdzie znajdziecie pełną foto relację z tego wypadu... |
|
 |
|