|
|
Wydarzyło
się to
dawno temu, tak dawno że wspomnienia o tym zajściu mieszają się już z
obrazami z wyobraźni. W latach mojej wczesnej młodości, z wszystkimi
jej właściwymi zaletami i przywarami, w tym młodzieńczej buty, oraz
niezwykle kreatywnej wyobraźni.
*
* *
Był styczeń, niedawno ukończyłem magiczne
osiemnaście
lat, z tej okazji wybrałem się w Tatry. Mijało właśnie dziesięć dni od
czasu gdy bawiłem w Zakopanem, kwaterując w Domu Turysty PTTK.
Siedziałem na krawędzi łóżka tempo wpatrując się w
górę
rzeczy które za moment miałem upchać do swego plecaka,
nadszedł
dzień wyjazdu. Jak zawsze w takich chwilach, pakowanie szło mi
niezwykle opornie, jakbym podświadomie chciał odwlec ten moment że to
już, że oto koniec mojej wyprawy i czas wrócić do
codzienności.
Z mozołem i niechęcią po dłuższym czasie zdołałem w końcu upchać
wszystkie graty do plecaka. Były wczesne godziny przedpołudniowe.
Miałem jeszcze sporo czasu do odjazdu PKS-u, postanowiłem więc wyjść na
małą szklanicę grzanego piwa z korzeniami.
Na Krupówkach panował zwykły o tej porze roku, zgiełk i
tłok.
Masy turystów i narciarzy, przelewały się bezładnie w obu
kierunkach tej najbardziej znanej z ulic Zakopanego. Szybko opuściłem
ten deptak, zapuszczając się w mniej uczęszczane rejony Zakopanego.
Znalazłem tam małą przytulną knajpkę. Wszedłem i zakupiłem kufelek
bursztynowego, parującego zapachem piwa i korzeni napoju. Usiadłem w
rogu, tuż koło okna, nie chcąc się za bardzo rzucać w oczy miejscowym.
Wyciągnąłem swój mały notesik i długopis. Jak to miałem w
zwyczaju próbowałem przelać na papier swoje chaotyczne
myśli,
nadając im formę, mniej lub bardziej zgrabnego wiersza. To przyciągnęło
uwagę kilku tęgich chłopów ubranych w rodzime
góralskie
stroje. Wkrótce jeden z nich, siedzący obok kontuaru
zaczepnie
acz wesoło krzyknął:
Ej, co tam tak gryzmolisz? Wiersze piszesz?
Odpowiedziałem:
A no tak, wiersze...
Góral z uśmiecham i błyskiem w oku, którego
przesłania
nie do końca byłem pewien zerknął na swych towarzyszy i podszedł z
kufelkiem piwa w ręku do mnie, mówiąc:
Usiedne se na moment, to pokaż no te wiersze, a o Tatrach masz też
cosik?
Ano mam...
A to dajże poczytamy, chętnie obaczymy jak to nasze Tatry się opisuje.
Nie bardzo mi się to podobało, nie skory byłem do upubliczniania mojej
grafomani, z drugiej strony patrząc na mojego towarzysza w stoliku,
oraz kilku jego kolegów, trudno byłoby im
odmówić...tak
więc podałem mu notesik, wskazując na jeden z wcześniejszych wierszy o
Tatrach. Góral wziął go do swej wielgaśnej dłoni, co zakryła
cały notesik i po woli zaczął czytać, to marszczyły się, to łagodniały
jego głębokie, surowe rysy twarzy. Z niepokojem czekałem na werdykt
jaki ogłosi, oczyma wyobraźni widząc łomot jaki mógłby mnie
w
ramach krytyki tu spotkać... W końcu buchnął śmiechem, a mi
powróciła chęć oddychania...co wcześniej przychodziło z
trudem.
E chopy! Toć nam tu nowy wieszcz rośnie!
Gwardia znajomych odpowiedziała gromkim, basowym śmiechem. Wszystko to
zaczęło wzbudzać coraz większe zainteresowanie w knajpie, co raczej
tylko wzmagało mój niepokój biorąc pod uwagę fakt
że
byłem tu jedynym obcym. W myślach kląłem się za swą głupotę
zapuszczania się w rejony, dla miejscowych raczej zarezerwowane.
Cóż chciałem posmakować prawdziwej, nie pokazowej
góralszczyzny, no to wszystko wskazywało że tak właśnie się
stanie... mój towarzysz zagadnął, porzucając dotychczasowy
wątek:
A powiedz mi no skądeś ty?
I tu, o zgrozo! Niech przeklęta będzie młodzieńcza buta, co językiem i
myślą niefrasobliwą, rozsądek wyprzedza, palnąłem podekscytowany:
A z gór!
Mój towarzysz spoważniał nieco, baczniej mi się
przyglądając, powiedział:
Z gór powiadasz...to znaczy się góral jesteś?
I znów buńczuczna natura, zanim rozsądek nakazał zmilczenie,
powiedziałem:
A no tak, góral.
Na to tylko czekali moi towarzysze...ten co siedział ze mną przy
stoliku nachylił się nad nim zbliżając ku mnie i niby to do mnie, ale
myślą do towarzyszy skierował słowa:
Hej! Chłopy! Słyszcie to? Toż my tu górala mamy...
Na te słowa jak na komendę pięciu jego towarzyszy wstało od baru
zbierając się koło mojego stolika. Byli tak blisko że wyraźnie czułem
ich przesycone zapachem koni, oraz owczego sera kubraki. Czułem jak się
kurczę, jak pryska moja buta, zastąpiona przez strach...już widziałem
oczyma wyobraźni te wielgaśne łapska jak przyklejają się do mojej
twarzy...po chwili zdającej się trwać wieczność, ten co przysiadł się
jako pierwszy kontynuował rozpoczęty wątek:
No to powiedz że mi skoroś góral, z jakich to gór
pochodzisz?
Ha! Oto nadeszła chwila mojej zguby, wiedziałem co się zaraz stać
może...cóż robić, skoro zaszedłem już tak daleko, nie chcąc
dać
się ośmieszyć ni zastraszyć, z może mniejszą, nico już bardziej udawaną
butą, podszytą strachem powiedziałem, najpewniej jak to tylko umiałem:
A no z Beskidów!
I znów zapadła długa jak mi się zdawała cisza, bacznie
przyglądałem się czy aby już te łapska nie zmierzają w moją stronę...na
twarzy najbliższego górala jednak rysy po łagodniały,
wreszcie
kąciki ust mu zadrżały aż wszyscy wybuchnęli głośnym śmiechem,
przerywanym jedynie co rusz docinkami:
...słyszycie z Beskidów!
No ale gada że góral!
Góral z Beskidów...
W końcu ten siedzący naprzeciw mnie powiedział wciąż się śmiejąc:
Toś ty góral niskopienny, czyli cepr! Żaden z ciebie
góral ino ceprzysko!
Po czym kontynuował, wciąż dławiąc się śmiechem:
No ale bacząc że wiersze o Tatryjach piszesz, no i że gadasz żeś
góral, to obaczymy jako to z tą góralszczyzną u
ciebie!
To mówiąc kiwnął na bufetowego, coś tam na paluchach
pokazując,
ten uśmiechnął się nieco złośliwie i już o nic nie pytając jął
przygotowywać coś pod barem. Towarzysze tego co siedział, rozbawieni,
wiedząc najwyraźniej co będzie dalej, zbierając krzesła od innych
stołów, przysiedli się wianuszkiem obok mojego stolika. Po
chwili za kontuaru wyszedł bufetowy, niosąc tacę a na niej kilka piw,
pustą szklanicę i...flaszkę wódki! Ten co siedział ze mną od
początku rzekł:
No to skoroś góral, to pij po góralsku!
Bez dalszych konwenansów szklanka została napełniona za
połowę
wódką. Góral podniósł ją do ust i bez
najmniejszego skrzywienia, czy zawahania wypił duszkiem jakby była to
czysta, rześka woda. Z głośnym stuknięciem postawił ją na stole, po
czym popił...piwem. Czułem jak zasycha mi w gardle, bynajmniej nie z
pragnienia ale ze strachu przed tym co pewno czekać mnie miało za
chwilę...Co robić? Wycofać się? Ale jak? Wokół mnie ciasnym
wianuszkiem siedziały chłopy, z których każdy dęby
mógłby
gołymi rękoma rwać...wybór raczej mały, wielkie łapy na
mojej
twarzy, lub...szklanka która właśnie została napełniona i
postawiona przede mną...ha, co robić: „wlazłeś między wrony,
krakaj jak i one”... Chwyciłem szklanicę, bez zastanowienia,
co
by jak najszybciej mieć to za sobą przechyliłem ją i wypiłem. Zrazu nic
nie poczułem, jednak tuż po jej odstawieniu ogień zapłonął mi w gardle
i trzewiach. Obłędnym wzrokiem szukałem czegoś do po picia gdy
natrafiłem na wyciągniętą w moja stronę dłoń z kuflem piwa...nieważne,
ważne że mokre i nieco mniej palące! Wziąłem dobry łyk i dopiero
wówczas poczułem ulgę...
Mój partner już napełniał ponownie szklanicę, tym razem dla
siebie. Niedługo czekać musiałem na efekty tego testu
góralszczyzny. Po moim ciele, promieniując od żołądka na
całe
ciało, rozeszło się przyjemne ciepło. Czułem jak moje członki stają się
miękkie, bezwładne, a w głowie w myśli wkrada się chaos...nie długo
jednak zastanawiałem się nad tym stanem, jako że w chwilę potem uległ
on pogłębieniu, po drugiej już szklanicy wódki, piwem
popijanej.
Gdzieś tam w bezładnie splątanych myślach tłukły mi się po głowie
pamiętam dwie szczególnie ważne, wymeldować się z domu PTTK,
oraz PKS...z upływem czasu jednak i one zatarły się w
ogólnym
chaosie. Z tego co potem się działo niewiele już pamiętam. Może tylko
śmiechy, jakieś pytania, rozmowy... Nie wiem też jak długo owy test
trwał w moim wykonaniu, a raczej ile tego testu zniosła moja biedna
głowa.
*
*
*
Gdy otwarłem oczy za oknem szarzało, pojęcia nie miałem co się u licha
stało, gdzie jestem, czy to wieczór, czy ranek? Nie...na
pewno
wieczór, ale w takim razie nie...PKS! Nie pojechałem! Gdzież
więc jestem!? Spanikowany, splatany, na wpół świadomy,
zerwałem
się z dziwnie znajomego łóżka. Równie szybko
jednak na
nie opadłem, za sprawą dotkliwego bólu ciążącej głowy...
Zacząłem więc od nowa analizować sytuację. Zerknąłem na zegarek,
śmieszne rzecz przecież oczywista, od której powinienem
zacząć.
Dochodził siódma...rano! A więc nie pojechałem. Rozejrzałem
się
po pomieszczeniu. W kącie stał mój spakowany do wyjazdu
plecak,
obok drugie, puste drewniane łóżko, umywalka...dom turysty
PTTK!
Moja dotychczasowa kwatera. W tym momencie przypomniałem sobie o
portfelu, dokumentach... zdenerwowany, nie bacząc już na ból
głowy przeszukałem kieszenie rzuconej obok kurtki. Z olbrzymią ulga
stwierdziłem że wszystko było na miejscu. Byłem jednak tak zmęczony, a
może raczej wciąż pijany, że uspokojony wiedza o tym gdzie jestem, oraz
że nic nie zniknęło, oraz najważniejsze że jestem cały, z powrotem
zasnąłem.
Obudziłem się tym razem na dobre około 14. Powoli wracając do
równowagi, z wciąż nieustępującym bólem głowy, w
myślach
zacząłem odtwarzać wczorajsze wydarzenia. Oczywiście udało mi się
odtworzyć jedynie strzępy z tegoż co miało miejsce,
szczególnie
po drugiej szklanicy. Nie miałem pojęcia jak się tu znalazłem, mogłem
jedynie przypuszczać że przynieśli mnie tu moi wczorajsi oprawcy, ba,
nie wiedziałem w końcu nawet czy zdałem owy test na
górala...
Oczywiste jednak było to że skoro tu jestem, to znaczy że zanim
ostatecznie na rzeczowym teście padłem, zdążyłem góralom
powiedzieć gdzie mam kwaterę. To z kolei prowadziło do niezwykłego, acz
prostego wniosku że to Oni właśnie mnie tu przynieśli zapewne, oraz
załatwili sprawę przedłużenia pobytu w recepcji... jednym słowem pomimo
wszystko bardzo ładnie się zachowali, wręcz nader porządnie, co tylko
podniosło w moich oczach ich góralską rangę.
Po godzinie i jako takim doprowadzeniu się do ładu, już z plecakiem
ruszyłem w kierunku recepcji, aby załatwić sprawę należności za ten
dodatkowy nocleg. Wcześniejsze zapłaciłem już wczoraj. Jak tylko
zbliżyłem się do kontuaru, młoda śliczna dziewczyna, ze źle skrywanym
rozbawieniem rzekła:
Tym razem to już chyba wprost na dworzec?
Poczułem jak robię się czerwony ze wstydu po same czubki uszu,
które aż mnie paliły... uparcie wpatrując się w podłogę
bąknąłem:
Tak... raczej nie w głowie mi dziś już spacery po Zakopanym. Chciałbym
uregulować należność za tą dodatkową noc...
Dziewczyna śmiejąc się, powiedziała że należność została już
uregulowana! Moje zaskoczenie mieszało się ze wstydem... zanim jednak
zdołałem zapytać przez kogo, spodziewająca się najwyraźniej takiej
reakcji recepcjonistka powiedziała:
Zapłacili z góry Twoi wczorajsi kamraci i nakazali co by Cię
za
wcześniej nie budzić, ale i nie później niż dwie godziny
przed
PKS-em.
Pięknie! To i o której mam PKS i zapewne dokąd też im
powiedziałem. Podziękowałem więc serdecznie, przepraszając
równocześnie za powstała sytuację. Stękając ubrałem plecak
kierując się wprost na dworzec autobusowy.
*
* *
Tak oto zakończyła się moja kolejna przygoda a i zimowy pobyt w
Zakopanym. Przygoda która była dla mnie cenną lekcją pokory,
ujmująca mi nieco z animuszu buńczucznej młodzieńczej zapalczywości.
Pozostało oczywiście kwestią niepoznaną dla mnie czy bolesny test na
góralszczyznę zdałem, oraz czy góral niskopienny
jest
tylko ceprem czy jednak niskopiennym, ale góralem. |