autorski tomik wierszy "Na krawędzi"
powrót do strony głównej witrynyinformacje o autorze witrynyPodziękowaniaprzejście do galeriiprzejście do działu z filmamiprzejście do działu z artykułamiprzejście do działu z moją poezjąprzejście do działu z moimi opowiadaniamiprzejście do działu z opisami szlakówporadnik górołazamini blog - aktualnie u mniesprzętrecenzje książekkonkursyBaza schronisk górskichTomik - "Na krawędzi"dział z zasobami do pobrania i linkamikontakt
proza - rok 2011
Opowiadanie wyróżnione
w konkursie
"Opowiedz Historię"
 edycja konkursu -  2011
wyniki konkursu
kliknij na miniaturkę aby przejść do strony konkursu
Konkurs ogłoszony przez portal: www.klubpodroznik.pl
www.klubpodroznik.pl
zapraszam do odwiedzenia
oficjalnego profilu witryny:


Wydarzyło się to dawno temu, tak dawno że wspomnienia o tym zajściu mieszają się już z obrazami z wyobraźni. W latach mojej wczesnej młodości, z wszystkimi jej właściwymi zaletami i przywarami, w tym młodzieńczej buty, oraz niezwykle kreatywnej wyobraźni.

*       *       *

Był styczeń, niedawno ukończyłem magiczne osiemnaście lat, z tej okazji wybrałem się w Tatry. Mijało właśnie dziesięć dni od czasu gdy bawiłem w Zakopanem, kwaterując w Domu Turysty PTTK.

Siedziałem na krawędzi łóżka tempo wpatrując się w górę rzeczy które za moment miałem upchać do swego plecaka, nadszedł dzień wyjazdu. Jak zawsze w takich chwilach, pakowanie szło mi niezwykle opornie, jakbym podświadomie chciał odwlec ten moment że to już, że oto koniec mojej wyprawy i czas wrócić do codzienności. Z mozołem i niechęcią po dłuższym czasie zdołałem w końcu upchać wszystkie graty do plecaka. Były wczesne godziny przedpołudniowe. Miałem jeszcze sporo czasu do odjazdu PKS-u, postanowiłem więc wyjść na małą szklanicę grzanego piwa z korzeniami.

Na Krupówkach panował zwykły o tej porze roku, zgiełk i tłok. Masy turystów i narciarzy, przelewały się bezładnie w obu kierunkach tej najbardziej znanej z ulic Zakopanego. Szybko opuściłem ten deptak, zapuszczając się w mniej uczęszczane rejony Zakopanego. Znalazłem tam małą przytulną knajpkę. Wszedłem i zakupiłem kufelek bursztynowego, parującego zapachem piwa i korzeni napoju. Usiadłem w rogu, tuż koło okna, nie chcąc się za bardzo rzucać w oczy miejscowym. Wyciągnąłem swój mały notesik i długopis. Jak to miałem w zwyczaju próbowałem przelać na papier swoje chaotyczne myśli, nadając im formę, mniej lub bardziej zgrabnego wiersza. To przyciągnęło uwagę kilku tęgich chłopów ubranych w rodzime góralskie stroje. Wkrótce jeden z nich, siedzący obok kontuaru zaczepnie acz wesoło krzyknął:
  • Ej, co tam tak gryzmolisz? Wiersze piszesz?
Odpowiedziałem:
  • A no tak, wiersze...
  • Góral z uśmiecham i błyskiem w oku, którego przesłania nie do końca byłem pewien zerknął na swych towarzyszy i podszedł z kufelkiem piwa w ręku do mnie, mówiąc:
  • Usiedne se na moment, to pokaż no te wiersze, a o Tatrach masz też cosik?
  • Ano mam...
  • A to dajże poczytamy, chętnie obaczymy jak to nasze Tatry się opisuje.
Nie bardzo mi się to podobało, nie skory byłem do upubliczniania mojej grafomani, z drugiej strony patrząc na mojego towarzysza w stoliku, oraz kilku jego kolegów, trudno byłoby im odmówić...tak więc podałem mu notesik, wskazując na jeden z wcześniejszych wierszy o Tatrach. Góral wziął go do swej wielgaśnej dłoni, co zakryła cały notesik i po woli zaczął czytać, to marszczyły się, to łagodniały jego głębokie, surowe rysy twarzy. Z niepokojem czekałem na werdykt jaki ogłosi, oczyma wyobraźni widząc łomot jaki mógłby mnie w ramach krytyki tu spotkać... W końcu buchnął śmiechem, a mi powróciła chęć oddychania...co wcześniej przychodziło z trudem.
  • Eeej chopy! Toć nam tu nowy wieszcz rośnie!
Gwardia znajomych odpowiedziała gromkim, basowym śmiechem. Wszystko to zaczęło wzbudzać coraz większe zainteresowanie w knajpie, co raczej tylko wzmagało mój niepokój biorąc pod uwagę fakt że byłem tu jedynym obcym. W myślach kląłem się za swą głupotę zapuszczania się w rejony, dla miejscowych raczej zarezerwowane. Cóż chciałem posmakować prawdziwej, nie pokazowej góralszczyzny, no to wszystko wskazywało że tak właśnie się stanie... mój towarzysz zagadnął, porzucając dotychczasowy wątek:
  • A powiedz mi no skądeś ty?
  • I tu, o zgrozo! Niech przeklęta będzie młodzieńcza buta, co językiem i myślą niefrasobliwą, rozsądek wyprzedza, palnąłem podekscytowany:
  • A z gór!
Mój towarzysz spoważniał nieco, baczniej mi się przyglądając, powiedział:
  • Z gór powiadasz...to znaczy się góral jesteś?
I znów buńczuczna natura, zanim rozsądek nakazał zmilczenie, powiedziałem:
  • A no tak, góral.
Na to tylko czekali moi towarzysze...ten co siedział ze mną przy stoliku nachylił się nad nim zbliżając ku mnie i niby to do mnie, ale myślą do towarzyszy skierował słowa:
  • Hej! Chłopy! Słyszcie to? Toż my tu górala mamy...
Na te słowa jak na komendę pięciu jego towarzyszy wstało od baru zbierając się koło mojego stolika. Byli tak blisko że wyraźnie czułem ich przesycone zapachem koni, oraz owczego sera kubraki. Czułem jak się kurczę, jak pryska moja buta, zastąpiona przez strach...już widziałem oczyma wyobraźni te wielgaśne łapska jak przyklejają się do mojej twarzy...po chwili zdającej się trwać wieczność, ten co przysiadł się jako pierwszy kontynuował rozpoczęty wątek:
  • No to powiedz że mi skoroś góral, z jakich to gór pochodzisz?
Ha! Oto nadeszła chwila mojej zguby, wiedziałem co się zaraz stać może...cóż robić, skoro zaszedłem już tak daleko, nie chcąc dać się ośmieszyć ni zastraszyć, z może mniejszą, nico już bardziej udawaną butą, podszytą strachem powiedziałem, najpewniej jak to tylko umiałem:
  • A no z Beskidów!
I znów zapadła długa jak mi się zdawała cisza, bacznie przyglądałem się czy aby już te łapska nie zmierzają w moją stronę...na twarzy najbliższego górala jednak rysy po łagodniały, wreszcie kąciki ust mu zadrżały aż wszyscy wybuchnęli głośnym śmiechem, przerywanym jedynie co rusz docinkami:
  • ...słyszycie z Beskidów!
  • No ale gada że góral!
  • Góral z Beskidów...
W końcu ten siedzący naprzeciw mnie powiedział wciąż się śmiejąc:
  • Toś ty góral niskopienny, czyli cepr! Żaden z ciebie góral ino ceprzysko!
Po czym kontynuował, wciąż dławiąc się śmiechem:
  • No ale bacząc że wiersze o Tatryjach piszesz, no i że gadasz żeś góral, to obaczymy jako to z tą góralszczyzną u ciebie!
To mówiąc kiwnął na bufetowego, coś tam na paluchach pokazując, ten uśmiechnął się nieco złośliwie i już o nic nie pytając jął przygotowywać coś pod barem. Towarzysze tego co siedział, rozbawieni, wiedząc najwyraźniej co będzie dalej, zbierając krzesła od innych stołów, przysiedli się wianuszkiem obok mojego stolika. Po chwili za kontuaru wyszedł bufetowy, niosąc tacę a na niej kilka piw, pustą szklanicę i...flaszkę wódki! Ten co siedział ze mną od początku rzekł:
  • No to skoroś góral, to pij po góralsku!
Bez dalszych konwenansów szklanka została napełniona za połowę wódką. Góral podniósł ją do ust i bez najmniejszego skrzywienia, czy zawahania wypił duszkiem jakby była to czysta, rześka woda. Z głośnym stuknięciem postawił ją na stole, po czym popił...piwem. Czułem jak zasycha mi w gardle, bynajmniej nie z pragnienia ale ze strachu przed tym co pewno czekać mnie miało za chwilę...Co robić? Wycofać się? Ale jak? Wokół mnie ciasnym wianuszkiem siedziały chłopy, z których każdy dęby mógłby gołymi rękoma rwać...wybór raczej mały, wielkie łapy na mojej twarzy, lub...szklanka która właśnie została napełniona i postawiona przede mną...ha, co robić: „wlazłeś między wrony, krakaj jak i one”... Chwyciłem szklanicę, bez zastanowienia, co by jak najszybciej mieć to za sobą przechyliłem ją i wypiłem. Zrazu nic nie poczułem, jednak tuż po jej odstawieniu ogień zapłonął mi w gardle i trzewiach. Obłędnym wzrokiem szukałem czegoś do po picia gdy natrafiłem na wyciągniętą w moja stronę dłoń z kuflem piwa...nieważne, ważne że mokre i nieco mniej palące! Wziąłem dobry łyk i dopiero wówczas poczułem ulgę...

Mój partner już napełniał ponownie szklanicę, tym razem dla siebie. Niedługo czekać musiałem na efekty tego testu góralszczyzny. Po moim ciele, promieniując od żołądka na całe ciało, rozeszło się przyjemne ciepło. Czułem jak moje członki stają się miękkie, bezwładne, a w głowie w myśli wkrada się chaos...nie długo jednak zastanawiałem się nad tym stanem, jako że w chwilę potem uległ on pogłębieniu, po drugiej już szklanicy wódki, piwem popijanej.

Gdzieś tam w bezładnie splątanych myślach tłukły mi się po głowie pamiętam dwie szczególnie ważne, wymeldować się z domu PTTK, oraz PKS...z upływem czasu jednak i one zatarły się w ogólnym chaosie. Z tego co potem się działo niewiele już pamiętam. Może tylko śmiechy, jakieś pytania, rozmowy... Nie wiem też jak długo owy test trwał w moim wykonaniu, a raczej ile tego testu zniosła moja biedna głowa.

*       *       *

Gdy otwarłem oczy za oknem szarzało, pojęcia nie miałem co się u licha stało, gdzie jestem, czy to wieczór, czy ranek? Nie...na pewno wieczór, ale w takim razie nie...PKS! Nie pojechałem! Gdzież więc jestem!? Spanikowany, splatany, na wpół świadomy, zerwałem się z dziwnie znajomego łóżka. Równie szybko jednak na nie opadłem, za sprawą dotkliwego bólu ciążącej głowy... Zacząłem więc od nowa analizować sytuację. Zerknąłem na zegarek, śmieszne rzecz przecież oczywista, od której powinienem zacząć. Dochodził siódma...rano! A więc nie pojechałem. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. W kącie stał mój spakowany do wyjazdu plecak, obok drugie, puste drewniane łóżko, umywalka...dom turysty PTTK! Moja dotychczasowa kwatera. W tym momencie przypomniałem sobie o portfelu, dokumentach... zdenerwowany, nie bacząc już na ból głowy przeszukałem kieszenie rzuconej obok kurtki. Z olbrzymią ulga stwierdziłem że wszystko było na miejscu. Byłem jednak tak zmęczony, a może raczej wciąż pijany, że uspokojony wiedza o tym gdzie jestem, oraz że nic nie zniknęło, oraz najważniejsze że jestem cały, z powrotem zasnąłem.

Obudziłem się tym razem na dobre około 14. Powoli wracając do równowagi, z wciąż nieustępującym bólem głowy, w myślach zacząłem odtwarzać wczorajsze wydarzenia. Oczywiście udało mi się odtworzyć jedynie strzępy z tegoż co miało miejsce, szczególnie po drugiej szklanicy. Nie miałem pojęcia jak się tu znalazłem, mogłem jedynie przypuszczać że przynieśli mnie tu moi wczorajsi oprawcy, ba, nie wiedziałem w końcu nawet czy zdałem owy test na górala... Oczywiste jednak było to że skoro tu jestem, to znaczy że zanim ostatecznie na rzeczowym teście padłem, zdążyłem góralom powiedzieć gdzie mam kwaterę. To z kolei prowadziło do niezwykłego, acz prostego wniosku że to Oni właśnie mnie tu przynieśli zapewne, oraz załatwili sprawę przedłużenia pobytu w recepcji... jednym słowem pomimo wszystko bardzo ładnie się zachowali, wręcz nader porządnie, co tylko podniosło w moich oczach ich góralską rangę.

Po godzinie i jako takim doprowadzeniu się do ładu, już z plecakiem ruszyłem w kierunku recepcji, aby załatwić sprawę należności za ten dodatkowy nocleg. Wcześniejsze zapłaciłem już wczoraj. Jak tylko zbliżyłem się do kontuaru, młoda śliczna dziewczyna, ze źle skrywanym rozbawieniem rzekła:
  • Tym razem to już chyba wprost na dworzec?
Poczułem jak robię się czerwony ze wstydu po same czubki uszu, które aż mnie paliły... uparcie wpatrując się w podłogę bąknąłem:
  • Tak... raczej nie w głowie mi dziś już spacery po Zakopanym. Chciałbym uregulować należność za tą dodatkową noc...
Dziewczyna śmiejąc się, powiedziała że należność została już uregulowana! Moje zaskoczenie mieszało się ze wstydem... zanim jednak zdołałem zapytać przez kogo, spodziewająca się najwyraźniej takiej reakcji recepcjonistka powiedziała:
  • Zapłacili z góry Twoi wczorajsi kamraci i nakazali co by Cię za wcześniej nie budzić, ale i nie później niż dwie godziny przed PKS-em.
Pięknie! To i o której mam PKS i zapewne dokąd też im powiedziałem. Podziękowałem więc serdecznie, przepraszając równocześnie za powstała sytuację. Stękając ubrałem plecak kierując się wprost na dworzec autobusowy.
 
*       *       *

Tak oto zakończyła się moja kolejna przygoda a i zimowy pobyt w Zakopanym. Przygoda która była dla mnie cenną lekcją pokory, ujmująca mi nieco z animuszu buńczucznej młodzieńczej zapalczywości. Pozostało oczywiście kwestią niepoznaną dla mnie czy bolesny test na góralszczyznę zdałem, oraz czy góral niskopienny jest tylko ceprem czy jednak niskopiennym, ale  góralem.
opowiadanie 2009 - do pobrania PDF
Sebastian Nikiel
""Jak to cepr chciał zostać góralem"
15.08.2011.
Autor S.Nikiel - styczeń 95 rok / zdjęcie pierwsze z lewej: Włosienica / środkowe: Czarny Staw Pod Rysami / z prawej: podejście pod szczyt Giewontu
Prawa autorskie
START
O MNIE – JAK POMÓC
O MNIE
MOJA HISTORIA WALKI Z CHOROBĄ
JAK POMÓC
DATKI
ULOTKI
OFIAROWANIE 1%
BANERY DO POBRANIA
DANE FUNDACJ

ARTYKUŁY
ARTYKUŁY 2014
ARTYKUŁY 2013
ARTYKUŁY 2012
ARTYKUŁY 2011
ARTYKUŁY 2010


PROZA

RECENZJE
PODZIĘKOWANIA

U MNIE

POEZJA
POEZJA 2014
POEZJA 2013
POEZJA 2012
POEZJA 2011
POEZJA 2010

POEZJA 2009
POEZJA 2008
POEZJA 2007
POEZJA 2006
POEZJA 2005
POEZJA 2003-04

GALERIA

FILMY
PORADNIK

SPRZĘT

KONKURSY


KUP TOMIK
TOMIK NA KRAWĘDZI
TOMIK POZA KRAWĘDZIĄ
SZLAKI
BESKID ŚLĄSKI
BESKID MAŁY
BESKID ŻYWIECKI
GORCE I PIENINY
TATRY WYSOKIE PL
TATRY ZACHODNIE PL
TATRY  SŁOWACKIE
SCHRONISKA
POLSKIE BESKIDY
BIESZCZADY
GORCE I PIENINY
SUDETY
POLSKIE TATRY
SŁOWACKIE TATRY
POZOSTAŁE

LINKI - ZASOBY

KONTAKT
Copyright © 2009 - 2014 by Sebastian Nikiel  ·  kontakt: s.nikiel.mojegory@gmail.com