autorski tomik wierszy "Na krawędzi"
powrót do strony głównej witrynyinformacje o autorze witrynyPodziękowaniaprzejście do galeriiprzejście do działu z filmamiprzejście do działu z artykułamiprzejście do działu z moją poezjąprzejście do działu z moimi opowiadaniamiprzejście do działu z opisami szlakówporadnik górołazamini blog - aktualnie u mniesprzętrecenzje książekkonkursyBaza schronisk górskichTomik - "Na krawędzi"dział z zasobami do pobrania i linkamikontakt
proza 2010  "Każdy ma swój Everest" strona: 1 / 4
Opowiadanie wyróżnione
w konkursie
"Opowiedz Historię"
 edycja konkursu -  2011
wyniki konkursu
kliknij na miniaturkę aby przejść do strony konkursu
Konkurs ogłoszony przez portal: www.klubpodroznik.pl
www.klubpodroznik.pl
Film z trasy:
Zdjęcia z trasy - dzień I
album ze zdjęciami z trasy - dzień: I
Zdjęcia z trasy - dzień II
album ze zdjęciami z trasy - dzień: II
Zdjęcia z trasy - dzień III
album ze zdjęciami z trasy - dzień: III
Fotki panoramiczne z trasy:
Zdjęcia panoramiczne ze szlaku

Każdy ma swój Everest

Podobno każdy go ma...i bynajmniej nie o wysokość tu idzie, czy o samą górę, lecz o własny szczyt możliwości i marzeń. Myślę że można wiele mieć ich w życiu, że ewoluują one wraz z nami, z naszym czasem, zmieniając się wraz z naszymi możliwościami. Tak więc mam go i ja. Jednym z takich Everestów, była dla mnie letnia, trzy dniowa, wyprawa w Beskid Żywiecki, w 2010 roku.

*    *    *

Plecaki od dawna stały gotowe do drogi, a blaty w mojej pracowni, uginały się pod stertą przygotowanego na wyjazd sprzętu. Mój mały jedenastoletni towarzysz - Patryk, codziennie zadawał pytanie: "...kiedy w końcu pojedziemy...", a ja codziennie kładłem się do snu z tą samą nadzieją - że może jutro...że może jutro mój stan się ustabilizuje, poczuje przypływ  energii i będę mógł rozwinąć skrzydła, ruszyć w góry.

Mały  codziennie pytał, odchodząc rozczarowany, a ja codziennie to pakowałem, to rozpakowywałem sprzęt, doładowując akumulatorki latarek i innych akcesoriów. Wszystko było gotowe; wszystko prócz mnie. I tak płynęły kolejne dni, które potem zmieniały się w tygodnie. Pierwotny termin wyjazdu z początku lipca, został już przesunięty na koniec miesiąca.

I wreszcie gdy Patryk przestał już zniechęcony pytać, a ja na granicy wytrzymałości, w permanentnie złym humorze, prawie straciłem nadzieję - jest! Pojawiły się pierwsze symptomy stabilizacji, na którą czekałem. Pierwszym sygnałem było ustąpienie w znacznej mierze tego nieznośnego szumu i pisku jaki najczęściej towarzyszy mi w uszach. Nie od razu zareagowałem radością, zbyt dobrze znałem tę chorobę. Doskonale wiedziałem że potrafi rozpalać nadzieję, tylko po to aby zaledwie po kilku godzinach zaatakować na nowo. Pomimo tej świadomości i starań utrzymania w ryzach nadziei, trudno doprawdy zgasić ten mały płomyk, który rozpala się w sercu w takich chwilach. Potrzebowałem jedynie trzech, czterech dni...więc znów przygotowania, ładowanie baterii i cały ten cyrk. Gdy kolejnego dnia mój stan wciąż był dobry, zapadła decyzja - ruszamy.
*    *    *

„Dzień Pierwszy”

Siedziałem na ławce, na dworcu autobusowym. Mój mały towarzysz nawet usiąść nie chciał, nerwowo przestępując z nogi na nogę, zasypując mnie tysiącem pytań. Był bardzo podekscytowany wyjazdem. Podobnie zresztą jak ja. Dla niego była to pierwsza taka wyprawa, pierwszy raz miał spać w namiocie, pierwszy raz miał nieść swój dość duży plecak, było to dla niego niczym odkrywanie nowego świata. I dla mnie był to wyjazd wyjątkowy. Był swoistą podróżą w przeszłość, gdy w czasach dziecięcych jeździłem na wielodniowe wyprawy po górach z Tatą. Poza tym w ostatnich latach, coraz bardziej nękany chorobami, coraz rzadziej udawało mi się wyjechać na dłużej na jeden, dwa dni i to zawsze śpiąc w schroniskach, lub kwaterach. Przede wszystkim jednak może dlatego że ostatnie lata głównie poświęciłem Tatrom, oraz Beskidowi Śląskiemu, całkowicie zaniedbując Beskid Żywiecki. Można więc powiedzieć, że pod wieloma względami był to dla nas obojga wyjazd wyjątkowy.

Podjechał PKS do Korbielowa. Stęknąłem szamocząc się z ciężkim plecakiem. Pomimo sezonu wakacyjnego autobus nie był zbyt wypełniony. Zakupiliśmy bilety i rozsiedli wygodnie w fotelach. Tak oto wyruszyliśmy w nasza magiczną wyprawę.

Krajobrazy szybko zmieniały się za oknem. Myślę że oboje chłonęliśmy je z jednakowym zachwytem i ciekawością. Patryk bo widział je po raz pierwszy, ja bo wróciłem tu po raz pierwszy od dobrych kilkunastu lat. Szlak który zamierzaliśmy pokonać, był jednym z tych których nie miałem okazji nigdy wcześniej odwiedzić. Tak to jakoś wyszło że pomimo iż kręciliśmy się podczas wielu wypraw z Tatą w pobliżu, nigdy nie udaliśmy się na Babią od strony Korbielowa. Tym bardziej był to dla mnie wyjątkowo ważny wyjazd. Planowo zaczynaliśmy w Korbielowie centrum, obok domu PTTK "Smrek", gdzie włączając się w żółty szlak mieliśmy dotrzeć do szlaku granicznego, biegnącego z Korbielowa przełęcz Glinne aż do Babiej.

Po półtorej godzinie dotarliśmy do Korbielowa. Pogoda była wręcz idealna na górską włóczęgę, nie za ciepło, około 20 stopni, lekko zachmurzone. Wreszcie dotarliśmy do naszego przystanku. Wysiedliśmy, od razu kierując się na szlak. Przed wejściem do lasu, musieliśmy się jeszcze zatrzymać na rutynowy w moim przypadku przepak "przedstartowy", czyli złożenia kuli ortopedycznej, jej spakowanie, a wypakowanie kijków, ustawienie ortez, wyjęcie aparatu.

W końcu start. Szlak od razu, od momentu wejścia do lasu, ostro rwał do góry, co bardzo dotkliwie dało mi popalić. Minuty mijały, szlak wciąż prężył się stając dęba, a moja forma nagle zaczęła szybko zniżkować. Z oczywistych względów nie informowałem o tym mojego towarzysza. Starałem się te niedogodności ignorować, jednak z każdą minutą robiło się to coraz trudniejsze. Zaczęło mi niemiłosiernie szumieć w uszach, pojawiły się mroczki przed oczami, a nogi zrobiły się jak z waty, ból rozrywał plecy i obie nogi. Pomimo piękna okolicy trudno było zagłuszyć te objawy, gdyż zacząłem odpływać...na szczęście szlak złagodniał, a my opuszczając las weszliśmy na rozległą halę. Podszedłem jeszcze kilkanaście metrów, zygzakując jak pijany i osunąłem się wykończony na skraj pola uprawnego, obok którego przebiegał szlak. Serce waliło mi jak opętane, wiedziałem co się dzieje, poprosiłem swojego małego towarzysza o colę i cukierki. Musiałem szybko uzupełnić glukozę, oraz wziąć leki przeciwbólowe aby zdusić ten przeklęty ból. Nasilenie tego ostatniego było naturalną konsekwencją ciężaru plecaka. Pomimo kilkunastu prób odciążania, ujęcia sprzętu i innych kombinacji nie udało mi się zejść poniżej wagi 28,5 kg i tyle właśnie taszczyłem na uszkodzonym kręgosłupie. Po kilkunastu minutach leżenia w trawie, leki zaczęły lekko działać, a cukier dodał mi energii. Rozejrzałem się wokół. To było piękne miejsce. Potężne górzyste polany, na których skraju przycupnęła niewielka wioska z kilkunastoma domami, kolorowa szachownica pól uprawnych, tonących w objęciach pochylających się nad nimi gór. Na wprost nas znajdowało się Pilsko, zahaczając lekko o nisko płynące, ciężkie sine chmury. W trawach grały Świerszcze, lekko szumiał wiatr. Pomyślałem że zapewne żyje się tutaj ciężko, szczególnie zimą, ale mimo wszystko zazdroszczę ludziom z tej wioski tego piękna które mają dla siebie na co dzień.

Minęło pół godziny. Moje myśli przestały się kręcić wokół niepokojącej perspektywy odwrotu. Czułem wewnętrznie że mam iść, że dam rady. Sapiąc jak lokomotywa, wstałem zakładając plecak. Ruszyliśmy dalej.

*    *    *

Kluczyliśmy niewyraźną ścieżką pomiędzy polami. Znaki już dawno przestały się pojawiać, kierowałem się wyłącznie intuicją. To była zresztą typowa przywara szlaków biegnących poprzez wioski, lub otwartymi polami, prawie zawsze należy się wówczas liczyć z tym że znaki będą należeć do rzadkości. Idąc coraz bardziej grzęźliśmy w podmokłej trawie i błocie. Ostatnie dni mocno padało. Minęliśmy pierwszy z domów, oraz najwyraźniej zaskoczonych naszym duetem  mieszkańców. W sumie bowiem wyglądaliśmy zjawiskowo. Ja, z nogami zakutymi w aluminiowo - plastikowe ortezy,  skrzypiącymi pod ciężarem moim i plecaka, co chwilę się potykający, oraz mały Patryk z wielkim plecakiem, do którego była zamocowana...kula ortopedyczna.

Po kilkuset metrach taplania się w błotku, zeszliśmy na asfaltową drogę, wiodąca do górnej części wsi. Tam też, tuż obok starej rozłożystej wierzby natrafiliśmy z powrotem na znaki. Szlak prowadził, podążając za szosą do góry, w kierunku poszarpanej linii szczytów. Zgadywałem że to nimi musi biec granica państwa, a więc właśnie ten grzbiet był naszym celem.

Kilkanaście minut później, opuściliśmy wioskę, pozostawiając za sobą asfalt i zabudowania, wraz z nienasyconym wzrokiem mieszkańców. Znów znaleźliśmy się w krainie z moich dziecięcych wspomnień. Zadziwiało mnie że pomimo upływu lat, tylu tak istotnych zmian w kraju, te zakątki oparły się im wszystkim, wciąż mając ten sam magiczny charakter. Zielone pola, polne ścieżki i drogi poprzecinane płynącymi przez nie źródłami, snopki siana układane ręcznie na drewnianych pachołkach. Tu i ówdzie rozrzucone pod krawędzią lasu stare drewniane chałupy. Dreptając jedną z takich polnych dróg, w akompaniamencie świerszczy i cykad, mozolnie nabieraliśmy wysokości. Po pewnym czasie dotarliśmy zalani potem do linii lasu, dalej wciąż pod górę, poprzez las poprzecinany polanami zmierzaliśmy do widzianego wcześniej górskiego grzbietu. Standardowo znaki to pojawiały się, to znikały, pozostawiając duże pole do autointerpretacji przebiegu szlaku.

Zrobiło się strasznie parno, nie wiał najmniejszy wietrzyk. Tuż obok szlaku, wtulona pomiędzy drzewa i krzewy, stała mała altana. Przed nią drewniane ławy i stół. Zarządziłem chwilowy postój, na złapanie tchu. Oczywiście mój mały towarzysz nie był zachwycony określeniem "chwilowy" więc od razu przystąpił do przedłużania postoju, życząc sobie, to kanapki, potem picia, a jeszcze potem słodyczy. W pewnej chwili jak z pod ziemi pojawił się pomiędzy krzewami leciwy staruszek, z białą jak śnieg brodą i takimi samymi włosami. Podszedł do nas, zapraszając do skorzystania z ławy i stołu przed chatką, która okazała się jego własnością. Wkrótce potem okazało się że jest ludowym rzeźbiarzem i że stojące obok piękne drewniane rzeźby świętych, są jego dziełem. Okazało się również że ma on tu sąsiedztwo. Z przeciwnej strony drogi, również z pomiędzy krzewów wyszedł drugi staruszek. Zagadnęli nas gdzie zmierzamy, gdy dowiedzieli się że do bazy namiotowej na Głuchaczkach, wyraźnie powiększyły im się oczy, wymienili też sugestywne, zaskoczone spojrzenie, w końcu jeden stwierdził że "powinniśmy zdołać tam dojść". Ta uwaga trochę mnie zaniepokoiła, gdyż nie do końca rozumiałem jej sens, przecież według mapy był to krótki, zaledwie trzy godzinny odcinek...wkrótce miałem się jednak przekonać jak bardzo się myliłem.

W końcu zebraliśmy się do dalszej drogi. Droga stawała się coraz węższa, aż w końcu przeszła w wąską leśną ścieżkę. Prowadziła uparcie do góry, pomiędzy dość gęstym lasem mieszanym z przewagą starodrzewia liściastego. Po drodze minęliśmy, ukryte pomiędzy zielenią stare, opuszczone, chałupy i bacówki. Dodawały one specyficznego, magicznego klimatu temu miejscu. Po 20 minutach od postoju, w oddali, pomiędzy paniami drzew zauważyłem słupek graniczny. Więc moje przeczucie było prawidłowe. Szliśmy w dobrym kierunku.

Mocno zasapani stanęliśmy na granicy. Pomimo że było to drobne zwycięstwo, w mojej bardzo zaniżonej chorobą skali stanowiło powód do wielkiej radości. Po radości przyszedł czas na ocenę faktów. Spojrzałem na zegarek. Nie wyglądało to już tak radośnie. Według mapy dotarcie do tego miejsca nie powinno nam zając więcej niż godzinę pięć minut, a zajęło...dwie godziny. Szybki rachunek, uwzględniający 100% straty na każdej godzinie nie napawał zbyt wielkim optymizmem. Liczyłem się z opóźnieniem, już od dawna moje tempo nie pokrywało się z mapami i miało tendencję spadkową, jednak zazwyczaj utrzymywało się na poziomie 50-60% straty na godzinie, dlatego 100% troszkę mnie zaskoczyło. Spojrzałem na wielgaśny plecak, zapewne nielichy wpływ na ten sprinterski czas miał właśnie on. Jednak najważniejsze że w ogóle idę, za co z całego serca dziękowałem Bogu. Ruszyliśmy dalej.

Od tego miejsca podążaliśmy  za czerwonym szlakiem, należącym do głównego szlaku beskidzkiego imienia K. Sosnowskiego. Szlak w zdecydowanej większości prowadził wzdłuż linii grzbietów górskich, charakteryzując się nieustannym opadaniem i wznoszeniem. Było to bardzo męczące, ledwo co wydrapaliśmy się na jakąś górkę, by po krótkim, najczęściej ostrym zejściu, zacząć podchodzić pod kolejną.

Tak przeszliśmy pierwszą z kilku czekających nas górek, Beskid Krzyżowski 923 m n.p.m.. Szczyt, podobnie jak wcześniejszy, był w pełni zalesiony, poza niewielka polaną, w związku z czym nie dawał on zbyt wielkich możliwości do podziwiania pejzażu. Toteż nie zatrzymując się, minęliśmy go, rozpoczynając kolejne zejście. Podobnie jak wcześniej, zejście stromo opadało w dół, prowadząc po wystających z lepkiej ziemi, głazach i kamieniach. Dość ciężko znosiły to moje ortezy, z trudem amortyzując moją i plecaka masę, pchaną grawitacją w dół. Często też się potykałem, co było charakterystyczne dla mojego nie w pełni kontrolowanego chodu. Schodząc ze szczytu nie sądziliśmy w jak piękne miejsce trafimy.

Szlak złagodniał. Pomiędzy rzednącymi drzewami prześwitywała polana. Po wyjściu z lasu przed nami otwarł się niezwykły widok. Tonąc w złotych, przekwitniętych, wysokich trawach, staliśmy na krawędzi dużej, pięknej, górskiej hali. Była to Przełęcz Półgórska (słowacka nazwa: Sedlo Pod Beskydom) 809 m n.p.m. Ponieważ byłem porządnie zmęczony i obolały, korzystając z piękna okolicy, zarządziłem dłuższy postój. Obaj zwaliliśmy się z plecakami w miękkie, pachnące późnym latem trawy. Prócz ich zapachu, halę wypełniała tak dobrze przeze mnie zapamiętana, woń ziół, mchu, ziemi, zmieszanych z zapachem świerków. Leżąc w trawie, znów poczułem jak czas cofa mnie do dzieciństwa, do naszych wędrówek z Tatą do wspomnień wielu podobnych przerw. Te zapachu, obrazy takich miejsc, przetrwały w mojej pamięci blisko 30 lat. Ileż to razy w złych chwilach dodawały mi sił. Byłem szczęśliwy że tu jestem. Zabawne...byłem tu z moim małym towarzyszem, życie zatoczyło koło. Teraz to ja niosłem na plecach szafę ze sprzętem i pełniłem rolę Ojca. Czasem zastanawiałem się czy tak wielkie dziedzictwo które przekazał mi mój Tata, zdołam sam przekazać i czy trafi ono na podatny grunt, czy wyda plon. Cóż...na to czy tak będzie nie mam już pełnego wpływu, mogę jedynie starać się je przekazać, a reszta będzie zależeć od woli i charakteru młodego człowieka. Na pewno tego bym chciał...chciałbym aby wiedza i dziedzictwo mi przekazane nie umarło wraz ze mną, lecz rozkwitało wraz z nowym życiem. Z tych oderwanych rozmyślań wyrwał mnie piękny, barwny motyl, który przysiadł na mojej dłoni. Instynktownie wstrzymywałem oddech, bojąc się go spłoszyć, pragnąc jak najdłużej móc zachwycać się jego pięknem. Zza poszarpanych, szybko płynących po niebie chmur, w bogatych odcieniach, od bieli po siny granat, wyjrzało słońce, tworząc niezwykły spektakl z korony swych promieni, załamujących się w chmurach.
                                                                                                      
Zabawne...leżałem w wysokich trawach, a pomimo tego nie odczuwałem lęku, ani zdenerwowania, a przecież właśnie w takich trawach można najczęściej natrafić na małą paskudę, która zniszczyła  mi życie jakie znałem, obracając w perzynę marzenia i plany - kleszcza. W tej chwili jednak byłem nazbyt obolały i ten ból brał górę nad lękiem. Wokół panowała cisza, przerywana jedynie cykaniem świerszczy, czasem bzyczeniem przelatujących pszczół. Spojrzałem na zegarek...z ulgą stwierdziłem że mogę zażyć kolejną dawkę leków przeciwbólowych. Nie nienawidziłem tego, a równocześnie byłem wdzięczny za to że umożliwiają mi trwanie i w jakimś stopniu korzystanie z życia. Ulga była wyraźna, choć jak zawsze nie całkowita. Byłem bardzo wdzięczny Bogu że choć nękające mnie zawroty głowy dziś mnie nie dręczyły. Obawiałem się jedynie co będzie dalej, co się stanie jak choroba zaatakuję dziś wieczór, lub jutro...w środku gór, z dala od pomocy...była to gra na krawędzi ryzyka, jednak gra której jakbym nie podjął - regularnie nie podejmował, musiałbym nie czynić nic innego niż siedzieć w domu i się poddać. Z rozważań wyrwało mnie niezwykłe zjawisko które pojawiło się na niebie. Niebiesko szare chmury, przechodzące na krawędziach w biel, uformowały się w kształt...anioła ze skrzydłami. Patrzyłem oczarowany tym niezwykłym spektaklem natury. Sięgnąłem po aparat. W tym momencie zza aniołem rozbłysło słońce, tworząc wokół niego świetlista, wielobarwną koronę. Pouczyłem jak przepełnia mnie spokój. Wiedziałem że to zjawisko naturalne, jednak czułem że to, że powstało tu i teraz i w takiej, a nie innej formie, nie było już wyłącznie dziełem przypadku. Gdzieś w środku, w głębi duszy, bardziej poczułem niż usłyszałem głos, zapewnienie, że wszystko będzie dobrze, żebym się nie martwił. I nagle wątpliwości prysnęły, obawy przeszły w pewność że dam radę, że będziemy bezpieczni, abym zawierzył. Uśmiechnąłem się w duchu, dziękując Bogu za ten znak.
Opowiadanie 2010 do pobrania PDF (spakowane w Zip) Prawa autorskie
ciąg dalszy opowiadania
START
O MNIE – JAK POMÓC
O MNIE
MOJA HISTORIA WALKI Z CHOROBĄ
JAK POMÓC
DATKI
ULOTKI
OFIAROWANIE 1%
BANERY DO POBRANIA
DANE FUNDACJ

ARTYKUŁY
ARTYKUŁY 2014
ARTYKUŁY 2013
ARTYKUŁY 2012
ARTYKUŁY 2011
ARTYKUŁY 2010


PROZA

RECENZJE
PODZIĘKOWANIA

U MNIE

POEZJA
POEZJA 2014
POEZJA 2013
POEZJA 2012
POEZJA 2011
POEZJA 2010

POEZJA 2009
POEZJA 2008
POEZJA 2007
POEZJA 2006
POEZJA 2005
POEZJA 2003-04

GALERIA

FILMY
PORADNIK

SPRZĘT

KONKURSY


KUP TOMIK
TOMIK NA KRAWĘDZI
TOMIK POZA KRAWĘDZIĄ
SZLAKI
BESKID ŚLĄSKI
BESKID MAŁY
BESKID ŻYWIECKI
GORCE I PIENINY
TATRY WYSOKIE PL
TATRY ZACHODNIE PL
TATRY  SŁOWACKIE
SCHRONISKA
POLSKIE BESKIDY
BIESZCZADY
GORCE I PIENINY
SUDETY
POLSKIE TATRY
SŁOWACKIE TATRY
POZOSTAŁE

LINKI - ZASOBY

KONTAKT
Copyright © 2009 - 2014 by Sebastian Nikiel  ·  kontakt: s.nikiel.mojegory@gmail.com