autorski tomik wierszy "Na krawędzi"
powrót do strony głównej witrynyinformacje o autorze witrynyPodziękowaniaprzejście do galeriiprzejście do działu z filmamiprzejście do działu z artykułamiprzejście do działu z moją poezjąprzejście do działu z moimi opowiadaniamiprzejście do działu z opisami szlakówporadnik górołazamini blog - aktualnie u mniesprzętrecenzje książekkonkursyBaza schronisk górskichTomik - "Na krawędzi"dział z zasobami do pobrania i linkamikontakt
proza - 2008 strona: 1 / 3 
"Jastrząb i Święty Obrazek"

To już drugi tydzień mojego pobytu w sanatorium „Papiernik” gdzie zostałem wysłany przez Z.U.S. w ramach prewencji rentowej. Cały pobyt w tym miejscu nie nastrajał mnie zbyt optymistycznie w odniesieniu do efektów fizycznych doświadczanych w stosunku do mojej choroby, ale była jedna rzecz która sprawiała że pobyt tutaj stawał się dla mnie znośny, a wręcz wyjątkowy. Czynnikiem tym była lokalizacja sanatorium, Szczawnica Zdrój. Miejsce szczególnie przeze mnie ukochane. Miejsce które pokochałem, podobnie jak pobliskie Krościenko ze względu na ich położenie, tuż u stóp pasma Pienin, ale również ze względu na wciąż żywy tam folklor góralski, tak bliski memu sercu. Gór często przeze mnie odwiedzanych wraz z Tatą jako dziecko.

Niedziela, wczesny ranek.
Obudziłem się dziś wcześniej niż zwykle, było dopiero wpół do siódmej. Śniadanie jak zwykle było o ósmej. Korzystając z niedzielnej przerwy w zabiegach rehabilitacyjnych postanowiłem wybrać się dziś w góry. Wypad ten planowałem już od początku pobytu tutaj i miał on być kulminacją dwóch wcześniejszych. Trochę martwiła mnie pogoda, która dotychczas słoneczna i ciepła, od kilku dni uległa znacznemu pogorszeniu. Toteż poderwałem się z łóżka kierując swoje pierwsze kroki na taras. Za każdym razem gdy na niego wchodziłem byłem absolutnie pewien że było to miejsce w którym mógłbym zamieszkać. Za każdym razem czułem jak widok z niego wtłacza we mnie nowe zapasy pozytywnej energii, pozwalając mi zapomnieć o chorobie i bólu, wypełniając serce radością. Ogromna zielona ściana lasu, ostro wspinająca się po kwiecistym i soczyście zielonym stoku, usianym białymi wapiennymi skałkami. W dole u stóp góry spiczaste dachy góralskich domów, których zabudowa wiła się meandrom naśladującą kształt błękitnej wstęgi Dunaju. Dziś budzące się do życia miasteczko spowijała leniwie snująca się wśród domów i pól poranna mgła. Niebo pokrywała gruba sina warstwa chmur, było bardzo zimno. Jednak warstwa ta nie była zwarta, gdzie nie gdzie spomiędzy niej wyglądało słońce, co pozwalało mieć nadzieję na poprawę pogody. Trochę się wahałem, dodatkowym problemem był bowiem brak odpowiedniego sprzętu trekingowego. Był to zresztą najpoważniejszy błąd jaki uczyniłem podczas pakowania do sanatorium. Dysponowałem jedynie małym plecakiem butami sportowymi (za to w miarę wodo odpornymi) i lichą peleryną. Nie były to jednak powody dla których byłbym w stanie zrezygnować z wyprawy. Tak więc pospiesznie spakowałem zapasowe spodnie, kurtkę i pelerynę, zabrałem mapę i z prowiantu który zgromadziłem dzień wcześniej przygotowałem kilka kanapek. Potem dorzuciłem coś do picia i byłem gotów do stawienia czoła przygodzie.

Ósma trzydzieści.
Zaraz po śniadaniu wyszedłem z sanatorium w kierunku centrum Szczawnicy. Szedłem przez kwiecisty mocno zalesiony park, gdzie wtopione pomiędzy drzewa wznosiły się stare, zrujnowane częściowo drewniane budynki nie używanych już sanatoriów. Była to piękna, bogato zdobiona architektura secesyjna z przełomu wieków dziewiętnastego i dwudziestego, gdy tereny te przeżywały prawdziwy rozkwit. Tuż po dotarciu do przystanku podjechał prywatny BUS jadący w interesującym mnie kierunku. Rozsiadłem się wygodnie wyciągając mapę. Jednak nawet jej nie otworzyłem. Bezwiednie przyglądałem się szybko płynącym za oknem pejzażom Pienin, słuchając współpasażerów, miejscowych, mówiących o zwykłych codziennych sprawach, ale za to jak pięknie mówiących gwarą. Mój umysł w miarę zbliżania się do miejsca skąd startował szlak, coraz szybciej odkurzały dawne wspomnienia z nim związanymi. Tak nie było mnie tu.. jakieś 18 lat! Krajobraz się zmieniał, droga wiła się pomiędzy ścianami szerokiego wąwozu. Dokoła na rozległych halach i wzniesieniach, ukraszonych skałkami, wyrastającymi wprost spod ziemi, stały porozrzucane gospodarstwa. Większość kilkudziesięciu lub nawet kilkuset letnich. Niektóre mające już dawno najlepsze czasy za sobą. Jednak to właśnie one przydawały specyficznego klimatu temu miejscu. Przenosząc mnie w czasy zbójców i hrabiów. Po trzydziestu minutach minęliśmy tabliczkę z nazwą wsi: Homole. Byliśmy prawie na miejscu. Samochód wziął ostry skręt w prawo, a za białej skały wyłonił się mały szutrowy parking, na nim niewielka drewniana budka strażnicza. Stała ona obok dużej drewnianej bramy ze szlabanem, na której wisiał szyld: Wąwóz Homole. Tu znajdował się pierwszy cel mojej wyprawy i start szlaku. Wysiadłem zostając sam na parkingu, spoglądając na odjeżdżający w dalszą drogę bus. A więc powróciłem w jedno z tych magicznych miejsc, które jako niewyraźne marzenia powracały tyle razy w snach.

Były stosunkowo wczesne godziny, do tego pogoda była nie najlepsza, środek tygodnia oraz dopiero połowa czerwca, dzięki czemu właśnie panował tu taki spokój. U miłej młodej Strażniczki Parku zakupiłem bilet wstępu, założyłem plecak i ruszyłem. Zaraz potem wszystko się zmieniło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Znów byłem małym szkrabem, znów widziałem jego oczami, znów wróciły te same siły i beztroska radość. Umysł błyskawicznie odnajdywał wspomnienia związane z każdym widokiem jaki widziałem, uczuciem jakie wywoływał i smakiem jaki pozostawił. Rozpoznawałem najmniejsze detale, przyglądałem się ogromnym głazom od wieków szlifowanych przez wody strumienia, rozpoznając w nich ten sam głaz nad którym bawiłem się jako dziecko. Ta fala radości, pozytywnych wspomnień zdominowała moje jestestwo, pozwalając zapomnieć o bólu powodowanym chorobą. Szedłem uskrzydlony zachłannie pochłaniając kolejne metry i widoki.

Nie mogłem się oprzeć myślom o Janosiku - naszym telewizyjnym Janosiku. Przecież to właśnie w tym wąwozie i ternach mu przyległych kręcono większość zdjęć. To w lini prostej prowadziło do myśli i wyobrażeń o tamtych czasach jak i latach mego dzieciństwa kiedy to po raz pierwszy zetknąłem się z tym serialem. Pamiętam jak byłem wówczas zafascynowany obrazem tego miejsca, miejsca w którym teraz byłem. Wąwóz był prawie pusty, tylko nieliczni turyści przemykali obok. Oraz który widziałem tak bogaty, tak wyjątkowy sprawiał że nie mogłem się zdecydować w którą stronę patrzeć. Kręciłem więc głową jak młody źrebak na wszystkie strony, zatrzymując się co chwilę zafascynowany. Ogromne skalne ściany wznosiły się ostro ku niebu, skały które bardzo zróżnicowane geologicznie tworzyły fantazyjne formy. Łupki, gnejsy, wapień i z rzadka granit. Ułożone warstwami prawie poziomo, wyczesane przez czas, były niemym świadkiem tysiącleci. Na nich skarłowaciałe świerki i zielone trawy, usiane dziesiątkami kwiatów. Pomiędzy tymi skalnymi filarami, głęboko wcięty w ich podstawę płynął kryształowo czysty strumień, cierpliwie toczący swe wody, szlifujący skały i głazy. Obok niego wiła się wąska ścieżyna, szlak którym szedłem.

Po pewnym czasie wąwóz zaczął się zmieniać, stał się szerszy, rozłożystszy. Wąska jego dotychczas gardziel ustąpiła miejsca sporym polanom i halom. Pojawił się gęsty świerkowy las. Ścieżka pięła się ostro, coraz ostrzej w górę, mijając potężne progi i kaskady wodne. Gdzie z furią woda walczyła z hardością skały. W końcu ścieżka stała się na tyle stroma że pojawiły się łańcuchy. Na domiar złego skały po których się wspinałem były mokre po nocnym deszczu. Były też znakomicie wyślizgane przez tysiące butów ludzi którzy tędy przeszli, a że były to najczęściej wapienie stały się śliskie niczym lód. Z trudem piąłem się w górę, co chwilę efektownie lądując w błocie. Wszystko to jednak powodowało że uśmiech na mojej twarzy stawał się coraz szerszy, zupełnie jak w dzieciństwie, brakowało tylko Taty żeby mnie skarcił, wskazując lepszą drogę. Gdy pokonałem wzniesienie, a ścieżka zaczęła wić się pomiędzy drzewami serce zabiło mi mocniej. Wiedziałem że za moment drzewa się rozchylą a ja stanę na rozległej hali w najpiękniejszej części wąwozu. W części nazwanej - Kamienne Księgi. Tam zatrzymałem się na dłużej. Rozsiadłem się wygodnie na miękkiej trawie, wpatrując zachłannie w każdy detal, skalnych formacji wąwozu. Zupełnie tak jakbym pragnął zeskanować do pamięci każdy detal, formę i kolor. I w pewnym sensie właśnie tak było, czego najlepszym dowodem były wspomnienia które towarzyszyły mi przez całą dotychczasową drogę. Wspomnienia które dzieliło przecież od teraźniejszości 18 lat. Uderzająca była trafność nadanej temu miejscu nazwy. Kamienne Księgi...tak, rzeczywiście skały tworzyły tu formy idealnie pasujące do olbrzymich na wpół rozwartych ksiąg mitycznych olbrzymów.

Legenda związana z tym miejscem głosi że co sto lat przewraca się jedna kamienna strona i gdy otworzy się ostatnia z nich nasz czas i świata się skończy. Jak w każdej legendzie tak i w tej było ziarnko prawdy. Otóż księgi zbudowane są w przeważającej większości z skał osadowych, iłów, gnejsów i zlepieńców. Idealnie wy warstwowane uformowane przez deszcze i wiatr odsłaniały przekrój poziomych warstw geologicznych. Taka formacja poddawana ciągłemu oddziaływaniu wspomnianych czynników środowiskowych ulega procesom wietrzenia, co oznacza że z czasem kolejne górne warstwy ksiąg erodują rozsypując się w pył. I w ten oto sposób kolejne strony ksiąg „przewracają” się odsłaniając kolejne. Zachodzi więc dokładnie ten proces o którym mowa w legendzie. Dokończyłem śniadanie. Wokół na hali pojawiło się trochę ludzi, najwyraźniej chwilowa stabilizacja pogody nie tylko mnie skusiła do wyjścia w góry. Sądząc jednak po ich zachowaniu i przygotowaniu wiedziałem że większość z nich właśnie w tym miejscu zakończy swą wędrówkę. Spakowałem plecak i jeszcze raz spojrzałem na Księgi. Cóż zapas nie otwartych jeszcze stron był duży co pozwalało mieć nadzieję że ów koniec wszechrzeczy nie nastąpi za szybko. I z tą myślą ruszyłem w dalszą drogę, kierując się na Wysoką, najwyższy szczyt pasma Pienin.

W krótki czas później znalazłem się w miejscu gdzie i ja w dzieciństwie kończyłem nasze wycieczki. Odtąd wchodziłem na teren dla mnie dziewiczy, nie odkryty. Początkowo przemieszczałem się szeroką szutrową drogą prowadzącą do okolicznych zabudowań i pobliskiej turystycznej bazy namiotowej. Drogą którą szedłem, najwyraźniej niedługo przede mną musiało przedreptać spore stado owiec. A że ostatnie dni obfitowały w deszcze gruntowa droga zmieniła się w lepką breję, którą niczym żywy rekultywator dodatkowo rozmiękczyły dziesiątkami kopyt zwierzęta. Piękne białe owieczki, symbol Podhala, które najwyraźniej nie miały kłopotów z zaparciem gdyż na każdym metrze pozostawiły po sobie dziesiątki bobków. Zmieszane z mlaskającym i zasysającym buty błotkiem dodawały pikanterii całej drodze. Z trudem wyszukiwałem w miarę stabilne miejsca w tej bagiennej pułapce, tracąc na to masę czasu i energii. Kłopot w tym że te przeklęte czworonożne kosiarki szły całą szerokością drogi i pasem okalającym. Co chwilę wpadałem w efektowne poślizgi, buksując w błotku. Powoli wzbierała we mnie fala złości, kląłem na czym świat stoi na te baranie łby. Aż podczas jednego z poślizgów nie zdołałem już opanować sytuacji i w efektowny sposób ległem jak długi, wykonując trzy czwarte szpagatu. Wrzasnąłem jak oparzony, gdyż w upadku najbardziej ucierpiały moje rozciągnięte... sami wiecie co. Gdy się pozbierałem wyglądałem jak siedem nieszczęść, ale przynajmniej przestałem wybierać złudne miejsca suchości, odtąd brnąłem po prostu przed siebie. Kilka razy zgubiłem buta, który zassany został w brei. Po czterdziestu długich minutach zmagań w oddali dostrzegłem bazę namiotową i miejsce gdzie szlak opuszczał przeklętą bagienną drogę. Dostrzegłem również i sprawce tych atrakcji, tuż za strumieniem przez który przechodził szlak, na krawędzi ogromnej hali, pasły się spokojnie, zrelaksowane „cztero kopytne kultywatory”. Pominę milczeniem wiązankę którą wypowiedziałem pod ich adresem. Dość powiedzieć że gdy dotarłem do strumienia i dostrzegli mnie doglądający stada juhasi, wzbudziłem u nich duże zainteresowanie i rozbawienie. Mi bynajmniej nie było do śmiechu, gdyż należy pamiętać że nie miałem porządnych trekingowych butów, tylko lekkie obuwie sportowe. Niskie i bez wiązania, jedynie wsuwane, toteż to powodowało że buty z łatwością zostawały w brei, co oczywiście oznaczało że kolejny krok był zazwyczaj w skarpetce..w związku z czym musiałem zatrzymać się na dłuższą chwilę nad strumieniem aby przywrócić sobie w miarę ludzki wygląd.

Ten wymuszony postój dał mi okazję na zagłębienie się w otaczający mnie pejzaż. A był on niesamowity. Ogromne zielone przestrzenie pnące się wysoko pod niebo, zwieńczone świerkowym lasem. Pośrodku hali w obniżeniu terenu, w miejscu w którym siedziałem wiła się szumiąc kryształowa wstęga strumienia. Hale przechodziły pagórkami z jednej w drugą. Po lewej stronie na skraju reglowego lasu stała dziś opuszczona baza namiotowa. Widać było drewniane zabudowania, kuchnię i stołówkę. Na szczycie zielonego wzniesienia na wprost mnie, stał stary rozłożysty Klon. Był on niesamowitą, trochę surrealistyczną dominantą pośród tych spokojnych zielonych przestrzeni. I nawet te przeklęte owce, ładnie się komponowały w tym tle.

Kiedy wreszcie udało mi się doprowadzić do względnie ludzkiego wyglądu ruszyłem dalej. Od tego momentu wkraczałem na terytorium dla mnie nieodkryte. To wyzwoliło we mnie dodatkowe pokłady sił i determinacji. Tak nie zbędnej mi w tej chwili biorąc pod uwagę utrudniającą mi poruszanie kontuzje. Wszystko było takie fascynujące, wszystkiego byłem tak ciekaw, wciąż i wciąż chłonąłem te estetyczne i fizyczne wrażenia i wciąż było mi mało, wciąż chciałem więcej. Minąłem właśnie wspomnianego klona, muszę się przyznać że opisując te pagórkowate hale z dołu, nie miałem pojęcia że owe pagórki są tak strome i wyczerpujące. W zasadzie to nieźle się zasapałem. W chwilę później dotarłem do granicy hal, wchodząc w piękne, stare lasy Bukowo – klonowe. Po kolejnych trzydziestu minutach sapania i powolnego pięcia się w górę, las zaczął się zmieniać. Buki i klony coraz częściej ustępowały miejsca świerkom. Niespodziewanie las kończył się wyprowadzając mnie na sporą polanę, która dawała dobry wgląd w dalszy przebieg szlaku. Zapowiadał się wyjątkowo atrakcyjnie i bezkompromisowo.

Lekko skręcając w prawo, ostro wyrywał w górę, miejscami przekraczając 45 stopni nachylenia stoku. Podszedłem bliżej, w miejsce gdzie zaczynała się właściwa wyrypa. Taa...wcale niezła zabawa. Jak to w Pieninach często bywa cienką ilastą warstwę ziemi rozmiękczyły niedawne deszcze, a z pośród tej warstewki, im wyżej tym w większym stopniu wystawały wapienne skałki. Istne lodowisko. Już wiedziałem jak mniej więcej potoczy się to wyjście, biorąc pod uwagę że moje wspaniałe sportowe halówki, są tu równie przyczepne jak lakierki w zimie. Ruszyłem. Już po trzystu metrach miałem za sobą pierwszy efektowny zjazd, w dodatku co tu dużo gadać formy to nie miałem najlepszej...serducho chciało sobie wyraźnie poszerzyć swoją przestrzeń w klatce piersiowej, łomocząc nerwowo po jej ścianach. Nie ma co, pięknie, dawniej takie podejście robiłbym jednym ugryzieniem. Jednak mimo wszystko, a właściwie również dlatego, byłem zachwycony tym wypadem. Przecież właśnie o to dokładnie chodziło. O te niesamowite pejzaże, o walkę ze swymi słabościami, o tę krew wściekle pulsującą w skroniach. Ponowiłem atak, tym razem wyraźnie już rozgrzany, poruszałem się o wiele sprawniej. Co oczywiście nie wpływało na powodowany bucikami, brak kontroli trakcji. To w końcu za skutkowało przejściem na napęd na wszystkie „cztery łapy”. Pomimo śmieszności wybranego sposobu poruszania, okazał się on o wiele bardziej wydajny. Po kolejnych trzydziestu minutach kąt nachylenia szlaku złagodniał, a ja ponownie mogłem wrócić do postawy wyprostowanej.

W chwilę potem znalazłem się na zalesionym siodle, stając przed drogowskazem. Znalazłem się w rezerwacie Wysokie Skałki. Cóż z całą pewnością jego nazwa była jak najbardziej adekwatna do charakteru ternu. Z siodła prowadził niebieski szlak na widoczny już szczyt Wysokiej. Podejście pod niego, które miało trwać 15 minut, po raz kolejny i dziś jak miałem się przekonać nie ostatni, prowadziło kolejną 45 stopniową wyrypą. Oczywiście nie było nawet mowy abym tam nie wszedł. I znów sapiąc rozpocząłem walkę z ciągnącą mnie ku ziemi grawitacją. W tym czasie pogoda zaczęła się szybko zmieniać. Wyraźnie spadła temperatura, sine, ciężkie chmury znów obniżyły pułap, coraz częściej zawadzając o korony drzew. W końcu mijając granicę drzew stanąłem na kopule szczytowej. Przede mną stała tablica- Wysoka 1050 m.n.p.m. W normalnych warunkach roztaczałby się stąd zapewne niesamowity widok na Pieniny, Podhale i Tatry. Lecz nie dziś...dziś to zwycięstwo miało jedynie wartość symboliczną, gdyż jedyne co mogłem w tamtej chwili podziwiać to morze sinych chmur niespokojnie i szybko płynących wokół. Ruszyłem więc z powrotem na siodło. Wkrótce stwierdziłem po raz kolejny pewną oczywistość, że schodzenie w takim terenie jest o wiele gorsze i mniej naturalne niż wychodzenie. Gdy tam dotarłem przez chwilę rozważałem sytuację, długa trasa, złe warunki pogodowe, marny odziewek. To oczywiście również miało wartość symboliczno - porządkową gdyż ja prawie nigdy nie zawracałem. Oczywiście w pewnych warunkach miało to swoje złe strony, ale miało i dobre. Ruszyłem dalej. Szlak generalnie poza krótkimi odcinkami prostek ostro opadał w dół, prowadząc po wspaniałych mokrych wapiennych skałkach i gliniastym błotku.

Pogoda nadal się pogarszała. Widoczność spadła do kilku metrów, zrobiło się dość zimno. Idąc nie mogłem się nadziwić formie tych gór, góreczek...stosunkowo niskie, jednak miejscami o charakterze wysokogórskim. Ot takie pagórki z charakterem. Była to właśnie jedna z tych niesamowitych cech całego Pienińskiego pasma. Cech która determinowała przecież to co ludzi tu przyciągało. Przyciągało i mnie, były one taką trochę łagodniejszą, za to o wiele bogatszą w zieleń, miniaturą Tatr Zachodnich. Hale, skałki, bory świerkowe i liściaste, głębokie przełomy i wąwozy skalne. Regionalnie należące do folkloru górali karpackich. To wszystko sprawiało że zajmują one w moim sercu miejsce szczególne. Pogrążony w takich myślach, pnąc się to ostro opadając w dół minąłem kolejny szczyt – Borsuczny o wysokości 939 m.n.p.m. Kilka minut później opuściłem las. Znalazłem się na skraju potężnej hali, której jednak rzeczywistej wielkości nie potrafiłem określić ze względu na mocno ograniczoną widoczność. Co gorsza dotychczas pojawiająca się i zanikająca mżawka zmieniła się w rzęsisty deszcz. Las który opuściłem biegł krawędzią hali tuż obok szlaku. Był to młody, gęsty las świerkowy i w tej chwili jedyna możliwość schronienia. Szybko wbiłem się pod niskie gałęzie, zrzucając plecak. Równie szybko wyjąłem polar i lichą pelerynę, jedyną osłonę przeciw deszczową jaką poosiadałem. Co gorsza nie miałem nawet długich spodni...na dłuższą metę wyziębienie murowane. Pomimo wszystko nawet tak słaba osłona sprawiła że poczułem się komfortowo. Potem jeszcze kubek gorącej herbaty z termosu, szybka kanapka i byłem gotów do dalszej przygody.

Deszcz się wzmagał. Dotychczas biegnąca skrajem hali granica lasu skręciła w dół znikając w kłębach chmur. Wrażenie było niesamowite, poruszałem się przepastną szczytową halą, z rzadka porośniętej pojedynczymi krzewami. Jedynym śladem wskazującym kierunek drogi była słabo przedeptana ścieżka w zielonym kobiercu równo przystrzyżonych traw. Zapewne było to dziełem mych białych beczących ulubieńców. Zatrzymałem się wstrzymując oddech...to była właśnie ta magia gór, którą tak kochałem. Absolutna cisza przerywana jedynie dźwiękiem kropel rozbijających się o moją pelerynę, oraz sennym zawodzeniem wiatru. Przede mną jak i za mną znajdowała się pusta, idealnie harmonijna przestrzeń, nie zakłócona żadną ludzką formą cywilizacji. Wrażenia potęgowały przewalające się halą kłęby chmur, sunące po niebie i ziemi, zacierające granicę pomiędzy nimi. Chmur które ograniczając widoczność potęgowały wrażenie wielkości tej przestrzeni, jako że nie mogłem określić rzeczywistych jej rozmiarów. Cisza, szept wiatru, szept deszczu...czułem się dogłębnie obnażony, obdarty z wszystkich masek jakie na co dzień nosimy tam w dole. Skruszony i pierwotny, z ogromnym respektem wobec sił przyrody, wobec których teraz tak słaby stałem na tym górskim pustkowiu. To wszystko wyciszyło mnie i napełniło ich siłą. To wszytko było właśnie tym po co wracałem w góry. Ruszyłem dalej.


Prawa autorskie
ciąg dalszy opowiadania
START
O MNIE – JAK POMÓC
O MNIE
MOJA HISTORIA WALKI Z CHOROBĄ
JAK POMÓC
DATKI
ULOTKI
OFIAROWANIE 1%
BANERY DO POBRANIA
DANE FUNDACJ

ARTYKUŁY
ARTYKUŁY 2014
ARTYKUŁY 2013
ARTYKUŁY 2012
ARTYKUŁY 2011
ARTYKUŁY 2010


PROZA

RECENZJE
PODZIĘKOWANIA

U MNIE

POEZJA
POEZJA 2014
POEZJA 2013
POEZJA 2012
POEZJA 2011
POEZJA 2010

POEZJA 2009
POEZJA 2008
POEZJA 2007
POEZJA 2006
POEZJA 2005
POEZJA 2003-04

GALERIA

FILMY
PORADNIK

SPRZĘT

KONKURSY


KUP TOMIK
TOMIK NA KRAWĘDZI
TOMIK POZA KRAWĘDZIĄ
SZLAKI
BESKID ŚLĄSKI
BESKID MAŁY
BESKID ŻYWIECKI
GORCE I PIENINY
TATRY WYSOKIE PL
TATRY ZACHODNIE PL
TATRY  SŁOWACKIE
SCHRONISKA
POLSKIE BESKIDY
BIESZCZADY
GORCE I PIENINY
SUDETY
POLSKIE TATRY
SŁOWACKIE TATRY
POZOSTAŁE

LINKI - ZASOBY

KONTAKT
Copyright © 2009 - 2014 by Sebastian Nikiel  ·  kontakt: s.nikiel.mojegory@gmail.com