autorski tomik wierszy "Na krawędzi"
powrót do strony głównej witrynyinformacje o autorze witrynyPodziękowaniaprzejście do galeriiprzejście do działu z filmamiprzejście do działu z artykułamiprzejście do działu z moją poezjąprzejście do działu z moimi opowiadaniamiprzejście do działu z opisami szlakówporadnik górołazamini blog - aktualnie u mniesprzętrecenzje książekkonkursyBaza schronisk górskichTomik - "Na krawędzi"dział z zasobami do pobrania i linkamikontakt
proza / 2007 opowiadanie "Jaskinia" strona: 1 / 2 
"Jaskinia"

Wydarzenie które pragnę poniżej opisać wydarzyło się dawno temu. Miało ono miejsce blisko czternaście lat temu, gdy sam miałem lat siedemnaście. Zdarzenie to dotyczy jednej z wielu przygód jakich doświadczyłem w umiłowanym przeze mnie miejscu – w górach. Było to jedno z tych wyjątkowych zdarzeń które zmieniają człowieka na zawsze, odciskając trwałe piętno na umyśle i duszy. Trwale zmieniając sposób postrzegania świat, od spraw najprostszych po te najbardziej złożone. Dlatego uznałem że warto byłby je opisać, nim pamięć, poddana mocy czasu zacznie go zmieniać, zniekształcać, aż całkiem zatrze, pozostawiając jedynie niewyraźne wspomnienie.

Miałem więc siedemnaście lat, a wkrótce miałem rozpocząć osiemnasty rok życia. Na swoje urodziny pragnąłem zrobić coś wyjątkowego, trochę szalonego i niebezpiecznego. Pragnąłem pojechać sam na kilkudniowy wypad w Tatry. Jako że urodziłem się siedemnastego stycznia, sprawę dodatkowo komplikowała panująca aura. Choć dla mnie oczywiście, jako zimnolubnego odkąd pamiętam człowieka, była to najlepsza pora na wszelkie wyjazdy. Oczywiście, pomimo posiadanego dużego już, jak na tak młody wiek doświadczenia górskiego, z właściwą dla tego wieku szarmancją zakładałem że to nic trudnego zdobywać Tatry zimą, nie posiadałem również praktycznie żadnego niezbędnego sprzętu górskiego. Była jeszcze jedna kwestia...rozmowa z Tatą, który przecież musiał się zgodzić na ten szalony plan. Mój Tata zawsze wychowywał mnie w taki sposób, abym był w każdej chwili gotów żyć sam, abym umiał ponieść konsekwencje błędnych decyzji, oraz potrafił być odpowiedzialnym za nie. Dotyczyło to również gór. Co prawda już dwa lata wcześniej miałem swój samotny debiut, który odbył się właśnie w Tatrach i to od razu na Orlej Perci. Jednak miało to miejsce w lecie, przy pewnej (o ile można użyć tego określenia w odniesieniu do Tatr) pogodzie, a sam Tata czekał na mój powrót w Kuźnicach. Można więc powiedzieć że był to wypad kontrolowany, dlatego bałem się jak zareaguje na taką propozycje. Dość powiedzieć że było bardzo ciężko, ale w końcu po dwóch tygodniach usilnych próśb, oraz złożeniu stosownych obietnic, zgodzie na szereg obwarowań, otrzymałem upragnione zielone światło.

Przygotowania ruszyły pełną parą, kompletowanie odzieży, pożyczenie śpiwora, organizacja noclegów. Na swoją bazę wybrałem Dom Turysty PTTK, jako że sam byłem członkiem tej organizacji od ponad 10 wówczas lat i posiadałem już 25% zniżkę na noclegi, co dla mego nader skromnego budżetu miało ogromne znaczenie. W końcu wyruszyłem na tę swoją wymarzoną samotną wyprawę, tylko ja, wyzwanie i góry.

Do Zakopanego wyjechałem dość późno, bo po piętnastej, toteż w Domu Turysty znalazłem się już  późnym wieczorem. Zameldowałem się, ignorując dziwne spojrzenia recepcjonistki, wyraźnie oczekującej na pojawienie się jeszcze kogoś starszego. Rozgościłem się na dolnej pryczy piętrowego łóżka, był to bowiem pokój wieloosobowy, przygotowałem rzeczy na jutro, na mój pierwszy wypad i wbiłem się w objęcia ciepłego śpiwora. W nocy przejęty tym co ma się wydarzyć długo nie mogłem zasnąć. Gdy w końcu nadszedł wyczekiwany poranek, wyskoczyłem jak z procy, jako pierwszy ze śpiwora, błyskawicznie pakując rzeczy do plecaka. Aparat, latarka, ciepła odzież, termos z herbatą jakieś na szybko sklecone kanapki. Idąc holem, tuż obok recepcji minąłem książkę wyjść, przez chwilę zawahałem się czy nie było by dobrze się wpisać. Szybko jednak górę wzięła młodzieńcza nonszalancja i ruszyłem dalej. Był to pierwszy poważny błąd, naruszenie podstawowych zasad bezpieczeństwa w górach, naruszenie które już wkrótce miało się na mnie srogo zemścić...

Na zewnątrz panowała piękna śnieżna, wręcz bajkowa zima. Nie było szczególnie zimno, termometr przed hotelem wskazywał minus siedem stopni Celsjusza, niebo było bezchmurne, wymarzona pogoda na wypad. Szedłem przez Zakopane, rozglądając się zafascynowany, chłonąc każdy obraz, kolor i szczegół. Szybko znalazłem się na przystanku busów. Na pierwszy dzień swych wojaży wyznaczyłem sobie doskonale znaną mi i łatwą trasę, doliną Kościeliską, Wąwóz Kraków, Smoczą Jamę aż do schroniska pod Ornakiem. Po drodze chciałem również odwiedzić Smerczyński Staw. Po dotarciu do Kir, w rejon sporego parkingu, gdzie znajdowało się wejście na trakt wiodący poprzez Dolinę Kościeliską rozpocząłem swą przygodę.

Mijał czas a ja zachwycony, niesiony przepychem skrzących się tysięcy diamentów śniegu, parłem szybko na przód. Co jakiś czas mijały mnie, pobrząkując dzwonkami góralskie sanie z zamożniejszymi i leniwszymi turystami. Na szlaku, pomimo śnieżnej zimy panował zwyczajowy, spory ruch, choć i tak zdecydowanie mniejszy niż w sezonie letnim. Nie lubiłem tego ruchu, tych mas ludzi którzy zakłócali dostojność tego miejsca, którzy zakłócali moją kontemplacje tego groźnego majestatu ośnieżonych szczytów. Wiedziałem jednak że takie rozumowanie jest nad wyraz egocentryczne, że nie mam prawa uzurpowania sobie większych praw do przebywania tutaj niż wszyscy Ci których mijam. Jednak trudno było mi się pogodzić z tym wszystkim, z całym hałasem, gadżeciarstwem, traktowałem to jak bezczeszczenie świątyni. Tak pogrążony w myślach dotarłem do rozwidlenia prowadzącego do Wąwozu Kraków. Z radością tam skręciłem wiedząc że odnajdę tam upragniony spokój, wiedziałem o tym choćby z racji tego że szlak był doń prawie nie przetarty, co szybko dało się mi we znaki...Nie miałem zamiary przejść szlaku w całości, zataczać pętli, jaką on wykonuje, pragnąłem jedynie dotrzeć do Smoczej Jamy. Szedłem pomiędzy strzelistymi turniami, bacznie uważając gdzie stawiam nogi, gdyż już kilkakrotnie zdarzyło mi się zapaść do połowy uda, w ukryte pod śniegiem szczeliny skalne. Dotarłem pod drabinkę prowadzącą do jaskini. Przez moment zawahałem się, szczeble, te które były widoczne z pod śniegu, pokrywał grubą warstwą lód. I wówczas ją usłyszałem, moją upragnioną, majestatyczną ciszę. Tylko ona, turnie i mój własny oddech. Ruszyłem w górę. Pod samą już jaskinią sprawy się skomplikowały gdy okazało się że łańcuchy całkowicie znikły w śniegu.

Podjąłem niebezpieczne próby przejścia pętli jaskini, trzymając się jedynie zauważonych występów skalnych, lub niczego. Kilka razy bliski byłem niekontrolowanego zjazdu, kilka razy zaliczyłem wywrotkę, ale wszystko to, ten posmak niebezpieczeństwa, ta możliwość samostanowienia, ta wolność, były dokładnie tym czego szukałem i oczekiwałem. Po powtórnym zejściu do wąwozu zawróciłem w kierunku głównego traktu Doliny Kościeliskiej. Z przykrością powitałem w niej te same masy ludzi. Następnie w planie był Smerczyński Staw i schronisko pod Ornakiem. Po około godzinie byłem już na krótkim szlaku prowadzącym do stawu, miałem zobaczyć go po raz pierwszy zimą. W pewnym momencie pomiędzy zielonymi, uginającymi się pod ciężarem śnieżnych czap świerkami, zobaczyłem jego dużą zamarzniętą, pokrytą równą warstwą puchu taflę. Widok zapierał dech w piersiach. Niczym nie skalana przestrzeń, delikatnie wirujące niesione wiatrem płatki tańczące na tafli stawu, a za nimi, ponad szczytami drzew, panorama ośnieżonych, mieniących się złotem i srebrem, Tatr Zachodnich. Jakiś czas później dotarłem do schroniska. Zwyczajowa herbatka, kanapki, coś słodkiego dla dodania energii, pamiątkowa fotografia przed schroniskiem, moją sfatygowaną Smienką i ruszyłem w drogę powrotną. Tym razem jednak moje tempo marszu, było o wiele wolniejsze niż to jakim poruszałem się w kierunku przeciwnym. Nie wynikało to ze zmęczenia, lecz z głęboko zakodowanej niechęci do powrotów do cywilizacji, niechęci do rozstań z moimi górami. Poza tym było dość wcześniej, a nie miałem już nic w planie ponad zejście do Kir na bus.

Godzinę później dotarłem do rozwidlenia szlaków prowadzących, w prawo do Wąwozu Kraków, a w lewo ostro wyrywając pod górę do Jaskini Mylnej. Wówczas to narodziła się ta szatańska myśl. Spojrzałem na zegarek, wciąż było stosunkowo wcześniej. Zaraz potem wyjąłem mapę. Tak... półtorej, maksymalnie dwie godziny. Tyle powinno mi wystarczyć na przejście jaskini. Wpatrywałem się w kuszący mnie drogowskaz, wiodący czerwonym szlakiem do jaskini. Decyzja była naturalnie oczywista, w górę. Nie znałem tej jaskini, nigdy wcześniej też nie byłem w żadnej sam. Lękiem trochę napawała mnie jej nazwa, Mylna...czemu akurat mylna? Czy jest aż tak rudna i myląca? Niee...przecież nie w takich sytuacjach dawałem sobie radę. Kalkulowałem swoje szanse, zapasy i sprzęt jakim dysponuje. „Sprzęt”, to słowo użyte nad stan, bo cały owy „sprzęt” składał się z jednej słabej latarki. Latarki na płaskie baterie, o słabej żarówce, która w dodatku miała paskudną cechę, lubiła nawalać w najmniej odpowiednim momencie. Wszystko to jednak niczym było wobec zastrzyku adrenaliny jaki wypełnił moje żyły, wobec nowego wyzwania, możliwości pochwalenia się swą zdobyczą Tacie. No i oczywiście odsunięcia perspektywy powrotu w doliny. Tak rwąc się z myślami, piąłem się coraz wyżej i wyżej, stok stawał się coraz stromszy. W końcu musiałem zacząć wspinać się za pomocą wszystkich czterech kończyn, co i tak nie powstrzymywało efektywnych zjazdów w dół.

Po około trzydziestu minutach dotarłem do niewielkiej polanki w rzadkim świerkowym lesie. Przede mną znajdowało się wejście do jaskini. Czarna dziura pomiędzy skałami, o niewielkich rozmiarach, około 1,5m szerokości i może 1,2m wysokości. Nad wejściem zbudowano z grubych świerkowych bali niewielkie zadaszenie. Podszedłem bliżej. Poprzez ciało przeszedł mi dreszcz lęku...a może jednak zawrócić? Może nie iść...cóż w tym miejscu muszę się przyznać że tak naprawdę to nie pałam zbyt wielką miłością do jaskiń. Tak naprawdę odkąd pamiętam zawsze mnie przerażały. Ilekroć w nich byłem, szczególnie gdy były to jaskinie ciasne, nie mogłem się powstrzymać od natrętnych myśli o tych tysiącach ton skał wiszących tuż nade mną. Zaraz potem nadchodził paniczny strach, który posługując się wyobraźnią kreował najstraszniejsze katastrofy ze zmiażdżeniem włącznie. Zawsze zdecydowanie wolałem powierzchnie i zewnętrzną stronę turni. I o ile nie robiły na mnie żadnego wrażenia choćby największe z przepaści i najwęższe przejścia, tyle jaskinie natychmiast wzbudzały we mnie lęk. Nie oznacza to jednak że nie potrafiłem docenić ich niesamowitego, surrealistycznego piękna, potrafiłem, jak i ludzi którzy to piękno z niepojęta determinacją zdobywali. Po tym wszystkim można by spytać właściwie dlaczego tam się pchałem? Cóż...myślę że jednolita, zwarta odpowiedź na to pytanie jest niemożliwa. To tak jakby spytać zdobywcę K2 który stracił podczas wejścia większość palców, po co tam szedł, skoro znał ryzyko, skoro wiedział że ta góra nader często zabija a prawie zawsze okalecza...odpowiedź mogłaby by być tylko jedna – bo jest. Dociekliwi oponenci mogliby natychmiast powiedzieć, że jednak taki człowiek szedł bo kocha, a ja jaskiń nie, to prawda. Podziwiam je, odczuwam respekt, ale nie kocham w stopniu równym mym turnią. Więc czemu? Bo miałem szesnaście lat, bo nie wiedziałem wszystkiego o ryzyku, bo targała mną młodzieńcza burza hormonów, bo nie lubiłem się wycofywać, bo nie znosiłem porażek, ani nie akceptowałem własnych słabości i ograniczeń. Powodów można by wymienić wiele, dość poprzestać na tym że po prostu była, a ja jej nie poznałem i właśnie przed nią stałem. Tak więc schylając się wszedłem.

Natychmiast po wejściu odczułem znaną mi już mieszankę lęku, adrenaliny i ciekawości. Początkowa komora choć niewielka, miała wystarczającą wysokość aby stanąć w pełni wyprostowany. Samo to sprawiało że w pewien szczególny sposób czułem się pewniej. Pewność ta jednak szybko ustąpiła miejsca lękowi, gdy stwierdziłem że zaledwie kilka metrów dalej mam przed sobą zacisk skalny, ostro opadający w dół, pozostawiając jedynie jakieś siedemdziesiąt centymetrów przejścia. Za zaciskiem tym nikły wszelkie promienie światła dostające się z zewnątrz. Wpatrywałem się w ciemność, próbując przeniknąć ją jedynie chyba wolą, bo wzrokiem byłoby to niemożliwe. Zdjąłem plecak, wyjąłem i włączyłem latarkę, przykucnąłem i zacząłem się przeciskać poprzez skały. Pod stopami miałem tafle lodu zamarzniętego cieku jaskiniowego, co skutecznie utrudniało mi sprawne poruszanie.
Prawa autorskie
ciąg dalszy opowiadania
START
O MNIE – JAK POMÓC
O MNIE
MOJA HISTORIA WALKI Z CHOROBĄ
JAK POMÓC
DATKI
ULOTKI
OFIAROWANIE 1%
BANERY DO POBRANIA
DANE FUNDACJ

ARTYKUŁY
ARTYKUŁY 2014
ARTYKUŁY 2013
ARTYKUŁY 2012
ARTYKUŁY 2011
ARTYKUŁY 2010


PROZA

RECENZJE
PODZIĘKOWANIA

U MNIE

POEZJA
POEZJA 2014
POEZJA 2013
POEZJA 2012
POEZJA 2011
POEZJA 2010

POEZJA 2009
POEZJA 2008
POEZJA 2007
POEZJA 2006
POEZJA 2005
POEZJA 2003-04

GALERIA

FILMY
PORADNIK

SPRZĘT

KONKURSY


KUP TOMIK
TOMIK NA KRAWĘDZI
TOMIK POZA KRAWĘDZIĄ
SZLAKI
BESKID ŚLĄSKI
BESKID MAŁY
BESKID ŻYWIECKI
GORCE I PIENINY
TATRY WYSOKIE PL
TATRY ZACHODNIE PL
TATRY  SŁOWACKIE
SCHRONISKA
POLSKIE BESKIDY
BIESZCZADY
GORCE I PIENINY
SUDETY
POLSKIE TATRY
SŁOWACKIE TATRY
POZOSTAŁE

LINKI - ZASOBY

KONTAKT
Copyright © 2009 - 2014 by Sebastian Nikiel  ·  kontakt: s.nikiel.mojegory@gmail.com