autorski tomik wierszy "Na krawędzi"
powrót do strony głównej witrynyinformacje o autorze witrynyPodziękowaniaprzejście do galeriiprzejście do działu z filmamiprzejście do działu z artykułamiprzejście do działu z moją poezjąprzejście do działu z moimi opowiadaniamiprzejście do działu z opisami szlakówporadnik górołazamini blog - aktualnie u mniesprzętrecenzje książekkonkursyBaza schronisk górskichTomik - "Na krawędzi"dział z zasobami do pobrania i linkamikontakt
proza 2006 - strona 1 / 2 
"Pilsko"

Włożyłem klucze do zamka, zamykając za sobą drzwi. Pogoda tego wczesnowiosennego ranka była piękna, a niebo zapowiadało piękny dzień. Z mieszanymi uczuciami, gdyż doznana kontuzja kręgosłupa wciąż mi dokuczała ruszałem na wyprawę w góry, w miejsce w którym nie było mnie od piętnastu lat, po raz pierwszy od tak dawna miałem się znaleźć tak blisko korzeni, wspomnień z dzieciństwa...

O godzinie 8:35 wsiadłem wciąż się wahając do PKS-u jadącego do Korbielowa na przełęcz Glinne. Już to było nowością, gdy byłem tu ostatni raz autobus dojeżdżał tylko do Korbielowa Kamienne. Zresztą nie tylko to było nowością, zmieniło się prawie wszystko, rozbudowano i zmodernizowano przejście graniczne, ale najbardziej zadziwiły mnie podniesione do góry szlabany na przejściu i spokój na nim. Żadnych uzbrojonych, patrzących na wszystkich podejrzliwie celników, widocznej broni, czy patroli Straży Granicznej. Po prostu sielanka, jak w pięknej bajce... Dla mnie to przejście graniczne wciąż żyło w pamięci jako nieprzyjemne wspomnienie kojarzące się ściśle z ustrojem, który dzięki Bogu dawno przeminął. Moim celem było Plisko, które wciąż powracało w moich wspomnieniach jako magiczne, pełne tajemnic, groźne i drapieżne miejsce, z którego urodą niewiele szczytów może się równać.

W dzieciństwie bywałem na nim wielokrotnie z Tatom, później jako nastolatek byłem jeszcze kilka razy sam, potem w wyniku różnych perturbacji życiowych, nie byłem tam blisko...piętnaście lat. Tym razem jednak zamierzałem zdobyć szczyt po raz pierwszy idąc po Słowackiej stronie granicy, niebieskim szlakiem. Dawniej było to praktycznie niemożliwe , ze względu na ogromną ilość formalności których trzeba było dopełnić aby przekroczyć granicę, a nawet jeśli się udało je załatwić, to należało się liczyć z tym że zmuszeni bylibyśmy zejść tą samą trasą, na to samo przejście graniczne, gdyż wówczas nie funkcjonowały powszechne teraz przejścia turystyczne, na zielonej granicy.

Do wyboru tej trasy, oraz w ogóle pomysłu wyjazdu zainspirował mnie artykuł w czasopiśmie górskim N.P.M. Byłem nawet w zasadzie ciekaw na ile podawana przez nich informacje pokryją się ze stanem rzeczywistym. Jak się później okazało były wyjątkowo szczegółowe i bezbłędne. Niepewnym krokiem, lekko przestraszony, udałem się w kierunku drogowo – pieszego przejścia granicznego. Właściwie to nie mam zbyt bogatego doświadczenia z zwyczajów panujących na takich, a te które miałem były mocno zdewaluowane. Wszędzie pustka, cisza, nikogo nie widać, nie wiedziałem którędy mam iść, bo wszystko było otwarte. Po drugiej stronie widać było tablicę: Slovacia. Szedłem więc środkiem drogi, gdy już znalazłem się na wysokości posterunku celników, w niewielkim biurze zobaczyłem parę pograniczników. Była to ładna kobieta i młody mężczyzna. I znów ten wciąż zaskakujący mnie spokój i luz, mężczyzna siedział rozparty w fotelu i leniwie mieszał kawę, a kobieta stała w drzwiach i paliła. Podszedłem do nich, wyciągając dowód osobisty. Kobieta przywitała się ze mną grzecznie, wziąła dowód , zapytała o imię, potem o cel podróży. Sprawdziła coś w komputerze, po chwili dyskusji na temat warunków na Pilsku, ruszyłem dalej. Była na tyle uprzejma że zawołała jeszcze za mną czy aby wiem gdzie skręcić na szlak, odparłem tak, co nie do końca było prawdą bo polegałem w tej materii wyłącznie na wspomnianej gazecie. Celniczka uśmiechnęła się tylko i powiedziała że nieźle się dziś opalę.

Kilka godzin później miało się okazać jak bardzo się myliła...Ruszyłem, szedłem szosą przy której dwieście metrów niżej miał znajdować się sklep spożywczy dobrze zaopatrzony w...napoje alkoholowe i czekolady. Tak, wszystko się zgadzało, dokładnie po tym odcinku znalazłem sklep, obok którego interesujący mnie szlak niebieski powinien przecinać szosę. Najpierw jednak należało dokonać stosownych zakupów...to znaczy piwka. Liczyłem na Złotego Bażanta, lecz tego akurat nie mieli. Zaproponowano mi Velkopopovicky Kozel, który rzeczywiście do złudzenia przypominał to którego poszukiwałem. Zakupiłem trzy butelki złocistego napoju, które ambitnie zamierzałem przywieść powiedzmy jako dowód do domu. Interesujący był również sam sprzedawca, był to umorusany młody najwyżej dwunastoletni chłopak, mówiący ku mojemu zaskoczeni bardziej po Polsku niż po Słowacku. Chłopak świetnie sobie radził jako sprzedawca. Zastanowiło mnie skąd wiedział że akurat to piwo jest zbliżone do Złotego Bażanta. Potem rozbawił mnie pytaniem czy ma otworzyć czy naliczyć kaucję. Spytałem go jeszcze o szlak i ruszyłem.

No tak od pierwszych chwil wiadomo było czyim szlakiem się poruszam. Wszechobecną cechą Słowackich szlaków, z którą juz wielokrotnie się stykałem jest ich fatalne i mylne oznakowanie, oraz że właściwie to ich nie ma... Najczęściej są dzikie i zarośnięte, pełne powalonych drzew i pniaków. Ma to jednak swoje zarówno dobre jak i złe strony. Złe są aż nazbyt oczywiste, turysta musi dysponować sporym doświadczeniem aby intuicyjnie odnaleźć szlak, a czasami nielicho się nagimnastykować, szczególnie gdy taszczy ciężki plecak, podczas przekraczania lub omijania przeszkód. Dobre następstwa natomiast to takie że szlaki te są o wiele bardziej dzikie i pierwotne, niż nasze. Przez jakieś dwadzieścia minut kluczyłem pomiędzy drzewami, robiąc co mogłem aby utrzymać się na szlaku. Po tym czasie szlak , powrócił na przecinkę graniczną. Połączyłem się z polskim czerwonym szlakiem, tu cenna uwaga dla ewentualnych turystów, gdy tylko pojawił się nasz czerwony szlak, słowacki zniknął...Ustalenie przyczyny takiego stanu zajęło mi trochę czasu. Słowacy najzwyczajniej w świecie doszli widocznie do wniosku że nie ma sensu dublować znaków i umieszczają je jedynie gdy szlaki się rozdzielały. Pogoda rzeczywiście wyjątkowo mi dopisywała.

Niebo było bezchmurne, nielicząc rzadkich białych obłoczków, leniwie sunących po jego błękicie. Szlak wiodący na tym odcinku niezmiennie przecinką, przypominał swoją konsystencją mokradło. Co rusz stopy zapadały mi się po kostki w błotku. Trochę mnie to martwiło zważając na buty którymi dysponowałem, podobno wodoodporne, które jednak wiem z doświadczenia że były odporne na wilgoć nie więcej niż sucha gąbka przed zamoczeniem. Dlatego sporo czasu i sił zajmowało mi wyszukiwanie w miarę suchych miejsc. Kilkanaście minut później byłem już totalnie przemoczony własnym potem, urządziłem więc mały postój na przepakowanie. Rozsiadłem się wygodnie na kępie nasłonecznionego mchu, rozglądając się dokoła. To zdumiewające jak dobrze zapamiętałem te miejsca. Zupełnie tak jakbym był tu wczoraj, a nie piętnaście lat temu. Urzekła mnie również jeszcze jedna rzecz, las, który był zupełnie inny niż nasze miejscowe lasy w Beskidzie Śląskim. Był o wiele piękniejszy, wyższy zdrowszy i gęstszy. Już w samym podkoszulku ruszyłem dalej. Szlak ostro piął się w górę, co muszę przyznać doprowadzało mnie do niezłej zadyszki. Minęło kolejne pół godziny.

Przyroda wokół zmieniła się nie do poznania. Pojedyncze łaty śniegu pomiędzy drzewami zastąpiła pełna, gruba i ku mojej rozpaczy rozmiękła pokrywa śnieżna. Mój kontuzjowany kręgosłup dotkliwie protestował przeciwko akrobacją jakie wyczyniałem. Co rusz zapadałem się powyżej kolan, a często powyżej pasa w śniegu. Najgorsze były ukryte pod śniegiem powalone drzewa, wokół których tworzyły się puste nisze z zewnątrz przykryte śniegiem. Zsunięcie się do takiej groziło złamaniem nogi, gdyż zazwyczaj druga pozostawała na powierzchni. Takie pułapki były szczególnie częste po stronie słowackiej. Zirytowany, myślałem nawet nad zrezygnowaniem z poruszania się ich szlakiem i powrotu na nasz czerwony. Wszystko to bardzo spowolniło mój marsz. Niepostrzeżenie pogoda powoli zaczęła się zmieniać. Na niebie pojawiły się kłębiaste cumulusy, za które coraz częściej chowało się słońce, temperatura wyraźnie spadła. Zatrzymałem się, aby tym razem się do ubierać. Przede mną roztaczała się niesamowita panorama, której nadrzędną część zajmowała Babia Góra, ze swym charakterystycznym szczytem Diablakiem. Wciąż była mocno zaśnieżona. W myślach próbowałem policzyć jak dawno mnie tam nie było i od jak dawna obiecuję sobie że tam powrócę. Nie udało mi się, ale doszedłem do wniosku że był to okres na pewno nie krótszy od mojej nieobecności na Pilsku. Ruszyłem, szlak wciąż ostro prowadził mnie w górę. Doszedłem do słupka granicznego 106/7, według wspomnianego artykułu w tym miejscu słowacki szlak miał definitywnie opuścić szlak polski. Ponownie zostałem miło zaskoczony precyzją relacji, rzeczywiście szlaki się rozdzielały, nasz czerwony odbijał od przecinki w las, natomiast słowacki niebieski prowadził wprost nią.

Czas mijał, byłem już mocno zmęczony, a do tego skończyła się „wodoszczelność” moich ogólno sezonowych „markowych” butów trekingowych o wdzięcznej nazwie High Point. Przy każdym stąpnięciu woda strumieniami wylewała się z ich wnętrza. Wspaniałą rekompensatą za te niewygody była otaczająca mnie przyroda. Dotychczas wysoki las świerkowy stał się rzadszy i skarłowaciały, pojawiły się fantazyjnie powykręcane Buki, dokoła powoli zaczynała dominować otwarta przestrzeń. Byłem już blisko... Doszedłem do niewielkie siodła zamkniętego od frontowej strony...prawie pionowym podejściem. Widok był oszałamiający, potężna biała ściana, skrząca się tysiącem iskier ostro odcinała się od granatu nieba.

Na siodle, tuż obok mnie znajdowała się Polska tablica graniczna. Było tam coś jeszcze coś co wprawiło mnie w niemałe zdumienie, słup energetyczny z zerwaną trakcją. Tak była to zapewne pamiątka po wspaniałych pomysłach „epoki sukcesu”. Przyznam że stojąc pod tą ścianą śniegu, zmęczony, obolały i w przemoczonych butach byłem lekko przerażony. Zdawałem sobie sprawę że jest to stok południowy, mocno nasłoneczniony, co oznaczało że pokrywa będzie bardzo niestabilna i miękka. Pierwsze kroki upewniły mnie że moje obawy były całkowicie uzasadnione. Szedłem zapadając się początkowo po kolana, później do połowy ud, nieustannie balansując ciężarem plecaka uparcie ciągnącego mnie w tył. Po kilkunastu metrach gdy nachylenie stoku stało się bardzo duże każdy krok oznaczał kilka w tył. Zjeżdżałem w dół wraz z całymi płatami pokrywy śnieżnej, wywołując mini lawinki. Rozpoczęła się rozpaczliwa walka o każdy metr podejścia. Próbowałem iść na czworakach, jednak niewiele to dopomogło, gdyż zbyt głęboko zapadałem się w śnieg. Byłem stanowczo za ciężki na te warunki.

Olśnienie przyszło właśnie z tą myślą, za ciężki! Zatrzymałem się, okopałem w śniegu i zdjąłem plecak. Nie miałem pewności czy te piętnaście, dwadzieścia kilogramów coś zmieni, ale warto było spróbować. Niezdarnie niczym chrabąszcz przewrócony na grzbiet wypiąłem się ze stelaża plecaka przewracając na bok. Tak, od razu poczułem się zdecydowanie lżejszy. Zapierając się butami w osuwającym się śniegu, wyciągnąłem z plecaka trzy, może czterometrowy sznurek, który zawsze nosiłem z sobą. Jeden koniec przywiązałem do plecaka, drugi do swego paska. Niezdarnie ruszyłem w górę. Metoda okazała się sprawdzać, powoli lecz sukcesywnie zacząłem posuwać się w górę. Posuwać to za dużo powiedziane, raczej pełznąć. Dwa metry, stop, podciągnięcie plecaka, znów dwa metry w górę, potem plecak i tak w koło...Po około trzydziestu minutach walki z mokrym osuwającym się śniegiem i stromą ścianą, teren stał się łagodniejszy. Ostatni raz podciągnąłem plecak i upadłem na plecy w śnieg ciężko dysząc. Spojrzałem w górę, niebo było idealnie błękitne. Był to szczególny błękit, tak intensywny, że miejscami wpadający w granat. Co robiło niesamowite wrażenie w odniesieniu do wszechobecnej bieli śniegu. Ponure złowróżbne chmury gdzieś zniknąły, odsuwając się na południe. Tak z całą pewnością byłem już na szczytowym masywie Pilska. Niezgrabnie podniosłem się, ubierając plecak.

Przede mną jak okiem sięgnąć ciągnęła się biała pustynia, tylko gdzieniegdzie odsłaniająca pojedyncze skały, oraz rzadkie skarłowaciałe, fantazyjnie powyginane drzewa, stopniowo ustępujące miejsca rzadkiej kosodrzewinie. Wokół otaczała mnie nieskończona biała przestrzeń, zamknięta na horyzoncie granatem nieba. Dalsza droga odbywała się wyłącznie na azymut, gdyż pod białą czapą, ani na niej nie było śladu szlaku czy tropów. Szedłem kierując się na południe, w kierunku czegoś co wydawało mi się szczytem. Szło się ciężko, brnąłem po kolana w rozmiękłym śniegu, co gorsza wpadając co chwilę w obszerne strumyki płynące pod śniegiem, a powstałe z jego wytopienia. Impregnacja moich „nie przemakalnych” butów ciężko znosiła ta tortury. W bucie wyraźnie zrobiło się mokro. Po jakiś dwudziestu minutach takiego marszu w kierunku szczytu, który stanowczo zbyt wolno się zbliżał, usłyszałem...echo dość bliskiej burzy! Myśli kotłowały się w głowie, jak, skąd, przecież nade mną jest czyste błękitne niebo!? Podobno wyładowania zdarzają się nawet w pogodny dzień, ale wiedziałem że to nie to... Pierwszy szok i zaskoczenie ustąpił miejsca logicznemu myśleniu. Po zastanowieniu doszedłem do wniosku że to widziane rano ciężkie ponure chmury, które odsunęły się na południowy zachód. Zawróciły...specjalnie dla mnie kurna! Pomyślałem ze złością. Zrobiłem krótki rachunek możliwych rozwiązań w tej sytuacji. Zawrócić? Nie chętnie spojrzałem za siebie, do przełęczy Glinne miałem w tych warunkach jakieś dwie i pół, trzy godziny. Za daleko, jeśli to front który widziałem rano, nie zdążę umknąć przed burzą, która na tej wysokości, oraz otwartym terenie może być bardzo groźna. Może zdołałbym się schronić w lesie, ale z oczywistych względów to również nie było mądre rozwiązanie. Poza tym nie wiedziałem jak długo potrwa i o ile opóźni moje zejście a to oznaczałoby że nie zdążyłbym na ostatni PKS. Więc co...trawersować na azymut w kierunku czerwonego szlaku i schroniska? To było równie wielkie szaleństwo, stoki masywu Pilska mają spore nachylenie, obfitujące w urwiska i inne niespodzianki i nawet w lecie taki trawers byłby niebezpieczny, a co dopiero w takich warunkach. Poza tym mógłbym się sporo rozminąć ze halą Miziową, nie to również było fatalne wyjście, które wolałem sobie zostawić na później, gdyby warunki uległy pogorszeniu.

Więc naprzód. Jedynie naprzód. Jak najszybciej znaleźć się na szczycie Pilska, skąd powinno już być widać schronisko na hali Miziowej i nartostradę prowadzącą prawie wprost ze szczytu aż do schroniska. To jedyna szansa... Niebo przeszył kolejny groźny niski pomruk zbliżającej się nie wiadomo skąd burzy. Ten dźwięk wyraźnie dodał mi animuszu. Nogi same rwały do przodu. Starałem się jednak nie forsować, nie ulegać szybko rosnącym emocjom, pamiętając że jeszcze kawał drogi przede mną, a warunki mogą być różne... Minęło trzydzieści minut. Byłem już porządnie zmęczony. Abstrahując jednak od całej sytuacji, widok dokoła był niesamowity. Przede mną w odległości około czterystu metrów majaczyła ostro kontrastując się z bielą śniegu szczytowa skalna, przerastana kosodrzewiną, grań masywu Pilska. Poniżej niczym nie zakłócona biel śniegu, z wystającymi z niej fantazyjnie powyginanymi skarłowaciałymi pojedynczymi drzewami. Nad tym wszystkim piękna dopełniało intensywnie błękitne niebo, przechodzące tuż nad horyzontem w ponury granat, zwiastun nadciągających kłopotów...

Kolejny groźny niski pomruk, wyraźnie przyspieszył moje tempo. Grań która wydawała się tak bliska, zdawała się w tych warunkach wciąż oddalać. Nie było żadnych tropów, szedłem wyłącznie na azymut. Śnieg był miękki, ciężki i mokry. Wodoodporność moich HI-TECH-ów, dawno stała się jedynie pustym sloganem reklamowym. Najgorsze były obficie płynące pod śniegiem wytopiskowe strumienie, w które co chwilę się zapadałem. Wreszcie jest! Po długiej walce postawiłem pierwszy krok na suchej skale. Kilkadziesiąt metrów przede mną widniała tablica z mapą Pilska i okolic. Trochę dalej na południe widać było Słowacką tablicę i turystyczne przejście graniczne. Prowadził przez nie ich niebieski szlak, którym teoretycznie powinienem tu dojść, a który dawno już znikł mi pod śniegiem. Z ulgą zrzuciłem plecak, sam również opadając na skały. Trwało to dobrą chwilę zanim wyrównałem oddech. Widok który miałem przed sobą był jednak wspaniałą nagrodą za wszelkie trudy i zmagania. Pozwolił on nawet zapomnieć o czającym się tuż za moimi plecami niebezpieczeństwie...

W dole widać było schronisko na hali Miziowej, stare i nowe. Osobiście było to dla mnie szczególnie ciekawe gdyż gdy byłem tu ostatni raz, nowy obiekt był tylko planem na deskach architektów. Dalej niesamowita panorama na Beskidy, z pośród szczytów której dominująca była oczywiście Babia Góra. Doprawdy robiła niesamowite wrażenie, w duchu pomyślałem że to będzie następne miejsce które muszę odwiedzić, tam również nie byłem już około dziesięciu lat. Im dalej zwracałem wzrok na południe tym bardziej niebo zmieniało wygląd. Pojawiły się jednolite sine ciężkie chmury, pewny znak burzy. Wreszcie spojrzałem w drugą stronę i...włosy stanęły mi dęba! Front burzowy był znacznie bliżej i był znacznie większy niż się spodziewałem. Właściwie znajdował się już nad masywem Pilska. Co gorsza przemieszczał się błyskawicznie, a północny wiatr znosił go wprost na mnie. Ze złością pomyślałem że mógłby chociaż trochę poczekać i dać mi się nacieszyć tym pięknem. Zdeterminowany zdecydowałem że zanim rozpocznę zejście, muszę zdobyć właściwy szczyt Pilska, znajdujący się po Słowackiej stronie. Ruszyłem niebieskim szlakiem wijącym się poprzez bujną po tej stronie masywu kosodrzewinę. Z każdym krokiem miałem lepszą widoczność na południową część nieba i gorszy humor. Jasne stało się że kroi się niezła zadymka. Front burzowy szczelnie przykrywał południową stronę nieba. Moje zamiary zdobycia szczytu błyskawicznie zweryfikował już nie pomruk lecz głośny łoskot przewalający się po niebie. Zaraz potem zjeżyły mi się wszystkie włosy, a pomiędzy palcami przeskoczyły iskry. Ładunki elektrostatyczne! Burza była juz blisko, serce zabiło mocniej. Rzuciłem sie z powrotem szybko ubierając plecak i kierując się na czarny szlak, prowadzący najkrótszą drogą na halą Miziową.

Początkowo szlak był dobrze widoczny i pozbawiony śniegu. Tak jednak było tylko przez pierwsze dwieście metrów. Jak tylko zeszedłem niżej zniknął gdzieś pod rozmiękła pokrywą śnieżną. Temperatura wyraźnie spadła, zaczynało padać. Za plecami czułem szybko nadciągającą burzę, raz po raz oznajmiającej swe nadejście. Nie było czasu na szukanie szlaku, wybrałem najbardziej prawdopodobną trasę, opierając się na mglistych wspomnieniach i biegnąc raczej niż idąc ruszyłem. Oczywiście zdawałem sobie sprawę że bieg w tych warunkach nie jest raczej wskazany, lecz trudno byłoby to raczej wytłumaczyć ogarniającemu paniką sercu. Starałem się jednak opanować i przypomnieć sobie całą posiadaną wiedzę na temat zachowań podczas burzy na dużych wysokościach w otwartym terenie. Z wszystkiego co sobie przypomniałem jedyne co mogłem uczynić to wyłączyć wszelkie elektroniczne urządzenia, reszta wskazówek była bezużyteczna. Jedyne co należało jak najszybciej zrobić to możliwie szybko zejść z otwartej przestrzeni.

I znowu, krok zapadlisko, chlupnięcie wody, mozolne gramolenie, krok... W pewnym momencie ponad kosówką dojrzałem stalowy krzyż. Wyblakłe wspomnienia podpowiadały że właśnie tamtędy szedł czarny szlak. I rzeczywiście, na wystającym z błotno - śnieżnej brei fragmencie skały widać było oznaczenie szlaku. Spojrzałem w kierunku Pilska. Grań szczytowa zniknęła pogrążając się w mlecznej wacie chmur. Nad nią szybko sunęły ciężkie sine chmury. Wzmógł się wiatr i deszcz. Najwyraźniej przegrywałem w tym biegu na czas. Burza nie miała zamiaru tak łatwo wypuścić mnie ze szczytu. Widok stalowego krzyża na grobie rozstrzelanych tu w 1941 roku przez Hitlerowców polskich partyzantów i głośny łoskot nacierającej burzy nie był zbyt optymistyczny w tych warunkach. Wyobraźnia podpowiadała różne scenariusze. Z duszą na ramieniu ruszyłem dalej. I właśnie w tym momencie zacząły się poważne kłopoty. Szlak który wyraźnie nakazywał skręt w lewo znikał gdzieś pod grubą warstwą śniegu. Kłopot w tym że nie było żadnych śladów, co gorsza nachylenie pokrywy śnieżnej w tym miejscu było tak duże że groziło niekontrolowanym zjazdem wprost na urwisko. Jednak spróbowałem trawersu w tym miejscu, do momentu gdy śnieg ujechał mi szerokim płatem spod nóg. Rzuciłem się całym ciałem na stok, chwytając pędów kosodrzewiny. Na dole widziałem małe postacie w czerwonych swetrach. Pewno ratowników GOPR, wyraźnie obserwowali moje niebezpieczne poczynania. Pewno nie mieli teraz najlepszego zdania o mnie. Ostrożnie powróciłem na czworakach do krzyża. Histerycznie kręciłem się w miejscu, nie mogąc odnaleźć żadnego w miarę bezpiecznego zejścia. Zupełnie tak jakby nigdy nie było tu szlaku. W duchu po raz kolejny przeklinałem pracowników PTTK, którzy powinni dbać o widoczność i bezpieczeństwo szlaków. Które można by poprawić doprawdy niewielkim nakładem chęci i środków. Wystarczyłoby umieścić odpowiedniej wysokości stalowe, pomalowane jaskrawo, słupki. Tak jak uczynili to nasi południowi sąsiedzi na swoim szlaku. Czas płynął, widoczność uległa wyraźnemu pogorszeniu, a ja wciąż znajdowałem się zbyt wysoko i nie mogłem odnaleźć szlaku. Wreszcie postanowiłem iść na azymut, trawersując stok początkowo w zachodnim, potem we wschodnim kierunku.

Burza nad Pilskiem rozpętała się na dobre. Stopień nachylenia stoku po którym schodziłem był bardzo duży, momentami przekraczając sześćdziesiąt stopni. Z trudem mogłem utrzymać prostą postawę. Co chwilę zsuwałem się w niekontrolowanym poślizgu na obsuwającym się szerokimi polami śniegu. W rozpaczliwym geście walki chwytałem się wówczas czego się tylko dało, korzeni, kosodrzewiny. Dlatego starałem się właśnie tak trawersować, aby w pobliżu zawsze znajdował się jakiś krzew. Śnieg miejscami sięgał powyżej pasa. Wszystko to jednak przestało mieć znaczenie, o wiele gorzej znosiłem kolejne grzmoty przetaczające się po ciężkim sinym niebie.

Lodowaty deszcz ciął bezlitośnie. W pewnej chwili wszedłem na spore, pozbawione wszelkiej roślinności pole śnieżne. Jeden nieostrożny krok zburzył jego kruchą równowagę. Sunąłem w dół jak na ślizgawce. Próbowałem zapierać się i hamować butami, a przede wszystkim nie pozwolić na to aby mknący wał śniegu zmienił moją pozycję, wywracając na bok lub brzuch. W wyniku takiego działania przede mną zebrał się spora bruzda śnieżna, co pozwoliło mi trochę zwolnić. Mknąłem w kierunku drzew. Spiąłem wszystkie mięśnie, oczekując zderzenia z nimi. Wszystko działo się błyskawicznie. Szybko umykający stok, biel mknącego śniegu, szybko rosnące w oczach drzewa, nagłe niespodziewane zatrzymanie i zapadnięcie się głęboko po szyję w śnieg, tuż obok pnia jednego z drzew. Siedziałem tak chwilę, ciężko oddychając. Spojrzałem w górę. Po mojej eskapadzie pozostała około czterystu metrowa bruzda w śniegu, o szerokości kilku metrów. Pomyślałem że może nie była to do końca planowana i bezpieczna droga, ale pozwoliła mi przynajmniej opuścić otwarty teren i znacznie zbliżyć się do hali Miziowej.

Dalsza droga pomiędzy drzewami, wyrastającymi z wciąż ostro nachylonego stoku, okazała się nie być wcale łatwiejsza. Wokół drzew w wyniku oddawanego przez nie ciepła powstawały głębokie wytopiska, z wierzchu przykryte czapą nawianego przez wiatr śniegu. W wyniku czego co chwilę spotykała mnie niemiła niespodzianka, gdy nagle zapadałem się po szyję do takiej jamy. Mimo wszystko czułem się pomiędzy nimi znacznie bezpieczniej niż wysoko na otwartej przestrzeni szczytu Pilska.


Prawa autorskie
ciąg dalszy opowiadania
START
O MNIE – JAK POMÓC
O MNIE
MOJA HISTORIA WALKI Z CHOROBĄ
JAK POMÓC
DATKI
ULOTKI
OFIAROWANIE 1%
BANERY DO POBRANIA
DANE FUNDACJ

ARTYKUŁY
ARTYKUŁY 2014
ARTYKUŁY 2013
ARTYKUŁY 2012
ARTYKUŁY 2011
ARTYKUŁY 2010


PROZA

RECENZJE
PODZIĘKOWANIA

U MNIE

POEZJA
POEZJA 2014
POEZJA 2013
POEZJA 2012
POEZJA 2011
POEZJA 2010

POEZJA 2009
POEZJA 2008
POEZJA 2007
POEZJA 2006
POEZJA 2005
POEZJA 2003-04

GALERIA

FILMY
PORADNIK

SPRZĘT

KONKURSY


KUP TOMIK
TOMIK NA KRAWĘDZI
TOMIK POZA KRAWĘDZIĄ
SZLAKI
BESKID ŚLĄSKI
BESKID MAŁY
BESKID ŻYWIECKI
GORCE I PIENINY
TATRY WYSOKIE PL
TATRY ZACHODNIE PL
TATRY  SŁOWACKIE
SCHRONISKA
POLSKIE BESKIDY
BIESZCZADY
GORCE I PIENINY
SUDETY
POLSKIE TATRY
SŁOWACKIE TATRY
POZOSTAŁE

LINKI - ZASOBY

KONTAKT
Copyright © 2009 - 2014 by Sebastian Nikiel  ·  kontakt: s.nikiel.mojegory@gmail.com