Zaczęła
się wiosna. I choć nie do końca może to odpowiadać temu co widzimy za
oknem, jednak w przyrodzie pojawiają się jej oznaki rozpoczęcia.
Rozpoczęcia okresu odrodzenia w przyrodzie, pobudki z długiej zimowej
stagnacji. Dla większości zapewne wiosna kojarzy się z wybuchem
kolorów, słońcem i radosnym pobudzeniem, przypływem nowych
pokładów energii. To wszystko sprzyja powstawaniu nowych
planów, nowych zamierzeń. Rozkwitająca tysiącem
kolorów, wiosna sprzyja
również powstawaniu górskich planów.
Wielu z nas
zacznie planować krótkie wiosenne wypady, jak i te dłuższe
eskapady w lecie. Wraz z rozkwitającą zielenią, z eksplozją energii,
serca wszystkich kochających góry będą się w nie rwać. Tu
jednak
pozwolę sobie na pewną przestrogę, być może pomoże ona Wam zmniejszyć
niebezpieczeństwo związane z takimi wypadami, aby nie pozostawiły one
po sobie przykrych pamiątek w postaci...boreliozy.
Wiosna bowiem to nie
tylko piękne żywe kolory, zapierające dech w piersiach
górskie
widoki. To również czas odrodzenia w przyrodzie wszelkich
zwierząt, zarówno tych dużych i jak tych małych, o
których zazwyczaj nie pamiętamy, a które mogą w
dotkliwy
sposób zniszczyć nam nasze życie jakie znaliśmy.
Niewątpliwie do
takich stworzeń należą kleszcze. Wraz z topnieniem zimowych
śniegów, często gdy jeszcze wiosna w górach jest
jeszcze
jedynie zamiarem przyrody, odradzają się kleszcze. Z pierwszymi
ciepłymi promieniami słońca powracają one do życia, by szybko zacząć
się rozmnażać. Najczęściej ich największy "wysyp" zdarza się w
okolicach końca kwietnia - połowy maja. Jednak jak wspomniałem należy
być czujnym dużo wcześniej. Same kleszcze, choć związane z raczej mało
komfortową przygodą, związaną z ich usuwaniem (jeśli je zauważymy przed
zakończeniem przez nie żerowania), nie stanowią takiego zagrożenia, jak
to co przenoszą one w swej ślinie. Wraz z ukąszeniem przez kleszcza
otrzymujemy często przykrą niespodziankę - zarazki boreliozy. Możliwe
są również zakażenia innymi bakteriami, że wspomnę tu
jedynie o
dwóch: Bartonella lub Babeszjoza.
Nie będę tu opowiadał o
możliwych wszystkich komplikacjach powodowanych przez boreliozę.
Ograniczę się do dania świadectwa na własnym przykładzie. Choroba ta
zniszczyła bardzo wiele w moim życiu, a niestety pomimo podjętego
"oficjalnego" (czytaj NFZ-owskiego) leczenia, wciąż sięga po więcej,
wciąż coraz bardziej ograniczając moje możliwości fizyczne. Borelioza
często nazywana jest wielkim imitatorem, jest to ze wszech miar trafne
określenie. Przebieg choroby może bowiem często imitować z goła inne,
prowokujące lekarzy do mylnej interpretacji objawy, gdy tak naprawdę
toczy nas właśnie ona. W moim przypadku były to objawy
przypominające udar mózgu. I tym też tropem początkowo szli
lekarze, czyli ful standard, badanie objawowe neurologiczne, rezonans,
tomograf, konsultacje...i nic. Żadnego krwawienia do mózgu.
Natomiast objawy całkowicie zaprzeczały wynikom laboratoryjnym,
niedosłuch, szumy i piski w uszach, zaburzenia równowagi,
niedowład dłoni, szczególnie prawej, zaburzenia koncentracji
i
pamięci krótkotrwałej. I w końcu, bardziej z przypadku, niż
celowo, trafiono - borelioza. Nie udało się określić jak
dawno
nastąpiło zakażenie, co ma kluczowe znaczenie dla przebiegu leczenia.
Oczywiście pytano mnie jak dawno mnie ukąsił kleszcz,
ba...cóż
miałem powiedzieć? Że byłem ignorantem jak wielu z nas, że po prostu
zdarzało się to tak wiele razy i doprawdy nigdy do głowy nie przyszło
mi iść wyciągnąć go do lekarza, lecz zazwyczaj robiłem to sam.
Co roku,
jak wszyscy kochający góry włóczę się po lasach,
zdarzały
się ugryzienia. W którymś momencie musiał mnie ugryźć
zarażony
kleszcz...nie jest możliwe ustalenia dokładnego czasu, jako że objawy
choroby mogą pozostawać w ukryciu całe długie lata, a nawet powyżej 10
lat. Dlatego nie łudźcie się że jeśli (jak głosi oficjalna propaganda)
nie wystąpił po ugryzieniu rumień, lub nie macie innych specyficznych
objawów, że jesteście zdrowi. Choroba może już w Was się
rozwijać. Dlatego tak ważne jest aby zawsze po ugryzieniu udać się do
lekarza, nawet jeśli już wyjęliście kleszcza, powiedzieć o zaistniałej
sytuacji i rozpocząć prewencyjne leczenie. Doprawdy jest to niska cena,
w porównaniu z nieleczonymi i nierozpoznanymi
konsekwencjami,
wystarczy tutaj spojrzeć na mnie. Rumień po ugryzieniu, świadczący o
zakażeniu występuje zaledwie u 35 % pacjentów, u reszty
choroba
początkowo przebiega bez objawowo. Kiedy już otwarcie zaatakuję, jest
już często bardzo zaawansowana. W ciągu niepełnego roku jaki minął od
czasu zdiagnozowania boreliozą, straciłem co najmniej 50% i tak już
marnej sprawności fizycznej. Dręczą mnie nie ustające szumy uszne i
zaburzenia równowagi, pojawiają się bóle o
nieokreślonej
przyczynie, gorączka, skoki ciśnienia, cukru, a nawet omdlenia. Bardzo
trudno żyć i zachować jako tako sprawność z tymi wszystkimi objawami,
to ciągła nie kończąca się walka o każdy dzień. Nie piszę o tym aby
wzbudzić w Was współczucie, lecz jako przestrogę, pozostając
w
nadziei że moja historia będzie dla Was przestrogą i skłoni do zmiany
zachowania w przypadku ugryzienia, oraz podniesie Waszą świadomość
odnośnie tej przykrej choroby. Apeluję do Was wszystkich, oglądajcie
swoje ciało po powrocie z lasu, wytrzepcie, a najlepiej upierzcie swoją
odzież, jeśli dojdzie do ugryzienia, zgłoście się do lekarza. I tu
ważna uwaga, jeśli traficie na "niezainteresowanego" tym faktem lekarza
- idźcie koniecznie do innego. Trzeba tu bowiem wspomnieć że
wśród polskich lekarzy borelioza wciąż pozostaje tematem
tabu,
ba często podchodzą do niej jak do czegoś z pogranicza
zabobonów. Ma to swoje źródło zapewne w tym że
choroba ta
wciąż pozostaje nie do końca zbadana, a lekarze dalecy są od
zrozumienia jej mechanizmów działania, oraz możliwych
konsekwencji. Jest to bowiem stosunkowo "młoda" choroba, a tylko
Bóg jeden wie ile osób zanim w ogóle
ją nazwano
zmarło na powikłania, spowodowane przez spustoszenie w organizmie
chorego. I jeszcze jedna uwaga na koniec, prócz tego aby
trafić
do "zainteresowanego" lekarza, ważne jest to aby mieć świadomość że
leczenie proponowane normalną oficjalną drogą NFZ-tu, czyli 4-6 tygodni
antybiotykoterapii tylko u nielicznych przynosi rezultaty (zazwyczaj u
tych którzy zarazili się stosunkowo niedawno) a u całej
reszty
choroba rozwija się w najlepsze (tak jest niestety i ze mną). Lekarze
wówczas zazwyczaj umywają ręce i zaczyna się długa droga
"spychoterapii". Zazwyczaj mówią o powtórzeniu
kuracji za
pół roku. Nie dajcie się zwieść, wiedzcie że leczenie
proponowane przez NFZ jest tylko jednym z możliwych rozwiązań i jeśli
okaże się nieskuteczne, szukajcie pomocy u lekarzy leczących inną
metodą - metodą długotrwałej antybiotykoterapii. Takie leczenie
odpowiednio dobranymi antybiotykami trwa wówczas od
pół
roku do nawet kilku lat i przynosi o wiele lepsze rezultaty niż kit
proponowany przez NFZ.
Dlatego jeśli doszło do zakażenia, jeśli
przeszliście już oficjalne państwowe leczenie, NIE poddawajcie się!
Szukajcie innych form leczenia i innych lekarzy o bardziej otwartych
umysłach. Jeśli dojdzie do takiej sytuacji w Waszym przypadku, polecam
udanie się na stronę www.borelioza.org
gdzie otrzymacie stosowne informację gdzie najbliżej Was możecie
znaleźć takiego lekarza. Znajdziecie tam też wiele więcej informacji na
temat tego alternatywnego leczenia, ja nie chcę tu za wiele się w
kwestii stricte medycznej rozpisywać, gdyż będzie to z mojej strony
czysto teoretyczne rozważanie, a jak by nie było są od tego bardziej
kompetentni ludzie. Z mojej strony daję jedynie świadectwo własnych
historii i skromnej posiadanej w tej kwestii wiedzy. Niech ten przykład
pozwoli Wam uniknąć przykrych niespodzianek, pamiętajcie, że wcześniej
podjęte, prewencyjne leczenie, prawie zawsze daje szansę na wyleczenie.
Życzę Wszystkim pięknych, niezapomnianych i
bezpiecznych wypraw
bez żadnych przykrych niespodzianek.
Więcej
przydatnych informacji na stronie:

www.borelioza.org |

Sebastian
Nikiel
05.04.2010.
|
|